poniedziałek, 4 września 2017

Zostań krzykliwyn petentem

Dlaczego w Holandii wszystko trzeba załatwiać z mordą?




         Holendrzy znani są w Europie z mocno liberalnego i wyluzowanego podejścia do życia. Z reguły nigdzie im się nie spieszy (zwłaszcza w sklepowej kolejce), nie przywiązują większej uwagi do szczegółów, oraz z pewną dozą sympatii patrzą na cudzą niefrasobliwość. Jeżeli na coś się umawiasz z Holendrem, możesz być prawie pewien, że wbrew jego zapewnieniom umowa ta wcale nie będzie tak do końca przestrzegana. Nie wynika to jednak ze złej woli, lecz pewnej dozy bylejakości. Mieszkańcy Niderlandów lubią stosować starą zasadę – Jak czegoś nie wolno, ale nikt nie widzi to trochę można. To się tyczy rzeczy tak przyziemnych jak choćby sprzątanie kup po swoim pupilu (wyjątkowo omijana zasada społeczna – widoczna na każdym rogu), do naprawdę poważnych jak jeżdżenie autem po kilku piwach lub jointach. (niestety jest to zjawisko tutaj dość popularne).
         
          To samo się tyczy punktualności. Dla Pomarańczowych czas jest pojęciem względnym, rozciągliwym i na wszystko jest go mnóstwo. Wiele działań znajduje się zwykle w mitycznej krainie zwanej „jutro”. A najlepszą formą jakiegokolwiek działania jest branie rzeczy na przeczekanie. A nuż się wszystko samo rozwiąże. Jak nie wiesz to poczekaj. Nie jest to praktyka tak bardzo odmienna od naszej rodzimej, a jednak pomimo tej przypadłości wszystko ciągle się tu kręci i brnie do przodu. Wszyscy starają się być mili i uśmiechnięci. Bo chociaż idziesz coś załatwić i jak zwykle wychodzisz z niczym to przynajmniej było miło, była kawa i było „gezelig”.
  
        Dlatego gdy naprawdę musisz coś załatwić szybko i skutecznie to trzeba to zrobić „po Niemiecku”. Najlepiej krzykiem, groźbą i zastraszeniem. To jedyna metoda, która działa na Holendrów (oni też graniczą z Niemcami i wiedzą jak to jest). Petent, który się awanturuje, jest niemiły i bezczelny jest zwykle obsługiwany jako pierwszy. To nie o to chodzi, że ktoś się go boi – po prostu chodzi o to żeby sobie jak najszybciej poszedł i najlepiej już nie wracał. To trochę przypomina grę w cykora. Wchodzisz do banku, jesteś miły i chętny na współpracę to się okazuje, że niestety nic się dla Ciebie nie da zrobić. Umowa nie taka, zarobki nie takie, zasady nie takie itd. Ale jak już podniesiesz głos, to nagle wychodzi na to, że trochę się da. A jak zabierasz swoje papiery robisz trochę szumu aby wszyscy w banku słyszeli i mówisz, że idziesz do konkurencji to nagle wszystkie wątpliwości zostają rozwiane a umowa, która jest jak najbardziej korzystna dla obu stron szybko ląduje na biurku do podpisania.

        Tak samo jest u lekarza. Ten będzie Cię odsyłał w nieskończoność, aż zażądasz w kategoryczny sposób konkretnego działania. Gdy wyczuje zdecydowanie w twoim głosie i pełną determinacje to wtenczas okazuje się, że leczenie jest możliwe, leki dostępne a wszystko nie zajmuje dłużej niż kilka minut. Podobnie jest z wszelkimi urzędnikami, sprzedawcami, usługodawcami. Aby pobudzić ich do działania, trzeba ich wyciągnąć z ich strefy komfortu i przeczekiwania. Gdy już muszą się z kimś skonfrontować ich działania są szybkie i skuteczne.

        Nie można też zapominać o stałym telefonicznym lub osobistym gnębieniu Holendra. Jeżeli pragniesz coś załatwić zdalnie przygotuj się na to, że trzeba będzie kilkakrotnie przypomnieć o sobie i zwykle ponownie wyłuszczyć swoją sprawę od początku. Zwykle po trzecim czwartym ponagleniu sprawa zostaje w końcu załatwiona. Z reguły mogłaby już być już po pierwszym telefonie, jednak widocznie nie zapadliśmy dobrze w pamięć naszemu rozmówcy i on po prostu o nas zapomniał. Widocznie skoro nie dzwonisz dwukrotnie to znaczy, że ci wcale na tym nie zależy. Zalatuje to wręcz nękaniem, ale oni chyba to lubią. Irytujące? Owszem. Na pocieszenie powiem, że z reguły wszystko w Holandii da się „załatwić”. Przy dobrej niemieckiej argumentacji, Holender z chęcią przymknie oko na przepisy, zrobi odmienną wykładnie prawa i zgodzi się z tobą. Trzeba mu w tym tylko trochę pomóc. Czego wszystkim niecierpliwym życzę.



P.S. - Rzeczone zasady wcale nie tyczą się podatków i Urzędu Skarbowego – ale tak to jest chyba w każdym kraju.

poniedziałek, 10 lipca 2017

Pokolenia po Holendersku

O holenderskiej współpracy międzypokoleniowej.


       Czy jesteście w stanie wyobrazić sobie dwudziestokilkulatka tańczącego pod rękę ze swoim blisko osiemdziesięcioletnim dziadkiem? Mimo powszechnego skojarzenia, nie jest to wcale wizja chorego na głowę wolontariusza odnajdującego swoje szczęście w domu spokojne starości, lecz typowa zabawa w wydaniu holenderskiej rodziny. Trzeba tu przyznać, że Holendrzy potrafią się bawić międzypokoleniowo. To ciekawe zjawisko, nie jest może czynem nagminnym — bo jak wiadomo imprezy są drogie - a co drogie, jest holendrowi z natury obce. Jednak, jeżeli dojdzie już do takiego rodzinnego spotkania, to wspólnie bawią się wszyscy. Z jednej strony wynika to pewnie z wrodzonego luzu Holendrów. Oni (również Ci starzy) po prostu lubią się bawić. Z drugiej strony, wzmożona aktywność imprezowa wynika z pewnego odosobnienia rodzinnego. Tu dziadki nie mieszkają z rodziną, tylko co najwyżej same ze sobą. A jak już nie dają radę chodzić po schodach, to lądują najczęściej w domu spokojnej starości. Przypuszczalnie dlatego, gdy wreszcie uda im się spotkać wnuki (którymi się raczej nie opiekują zbyt intensywnie, bo mają swoje sprawy, a nie jak u nas głodowe emerytury), to mają powód do świętowania.


       Nie zmienia to faktu, że co u nas przystoi tylko w pewnym wieku, Holendrom przystoi zawsze. A to jest bardzo pozytywne i ciekawe zjawisko. Kilka tygodni temu poszliśmy na festiwal muzyki klubowej o lokalnie swojsko brzmiącej nazwie Flying Dutch. Idea imprezy jest taka, że w trzech miastach równocześnie (Amsterdam, Rotterdam, Eindhoven) odbywają się trzy wielkie koncerty. A Holenderscy DJ-e (Dutch) są transportowani z jednej sceny na drugą helikopterami (Flying). W ten sposób, w jeden wieczór obskakują trzy koncerty równocześnie. Pomysł sam w sobie bardzo fajny, a bilety przez to drogie. Idąc na koncert obawialiśmy się, że z racji wieku będziemy tam najstarsi, tymczasem ku naszemu zdziwieniu okazało się, że w nowoczesnych rytmach bawili się i starzy i młodzi. Przy czym my w porównaniu z resztą upitego i nico zaćpanego towarzystwa byliśmy raczej ciągle Ci młodzi. Podbudowani tym faktem, wypiliśmy kilka wygazowanych piw i jak to zwykle ludzie w naszym wieku szybko wróciliśmy do domu oglądać serial przed telewizorem. Nim jednak opuściliśmy plażę w Ersel, natknęliśmy się na ludzi w każdym wieku. Wszyscy bawili się razem. I wspólnie pili przemycony alkohol. Pod tym względem wszyscy zachowywali się jak polskie nastolatki wypuszczone na pierwszą w życiu domówkę.


        Co godne podkreślenia współpraca międzypokoleniowa nie ogranicza się jedynie do momentów zakrapianych procentami. Holendrzy lubią poświęcać wiele uwagi najmłodszym, ale robią to w dorosły sposób. Od kilku tygodni Krzyś uczęszcza na lekcje gry na gitarze. W pobliskim domu kultury, grupa muzyków pomiędzy drugim i trzecim krzyżykiem życia, poświęca swój wolny czas na zajęcia z dziesięciolatkami. Ubrani na czarno długowłosi i nieco niedomyci Goci miast grać muzykę metalową, chlać absynt i oddawać cześć szatanowi, prowadzą lekce dla dzieciaków. Robią to za darmo i widać po nich, że te lekcje sprawiają im taką samą frajdę jak młodzieży szkolnej. To naprawdę niezapomniany widok, gdy czarny typ z lekkim make-upem, ćwiekami na nadgarstu, i kolczykami w różnych rejonach twarzy przybija sobie piątkę z twoim małym poczciwym blondynkiem i razem brzdękają sobie kawałek the White Stripes. Mimo pewnych różnic w metodach spędzania wolnego czasu muzyka łączy ich i sprawia ogromną frajdę. Chłopaki wymieniają się uwagami o ulubionych zespołach, podpowiadają nowe kawałki i słuchają muzyki. Ale - co najważniejsze przedstawiciele subkultury metalowej, traktują swoich małych podopiecznych jak kumpli i rozmawiają z nimi na równi jak z dorosłymi. Nieważne, że jeden ma na koszulce napisane Behemot a drugi Myszka Mickey, bo razem się świetnie rozumieją.

      Podobne dziwne pary można spotkać niemal wszędzie. Czy to będzie straż sąsiedzka, czy grupa wieczornych biegaczy, którzy odziani w obciachowe kamizelki odblaskowe, przemierzają co wieczór naszą ulicę. Nikogo takie przyjaźnie nie dziwią i nie szokują. Bo jak się bawić to wszyscy razem.

LEO
Foty nasze i z Googla.

środa, 22 marca 2017

Wybory po holendersku

Jak wybierają ludzie w rozsądnym kraju




    Jak pewnie widzieliście i słyszeliście w polskiej prasie i telewizji, w zeszłym tygodniu odbyły się wybory parlamentarne w Holandii. W naszym kraju i na świecie było wielkie poruszenie tym wydarzeniem. Dziennikarze trąbili o niebezpieczeństwie, jakim byłoby zwycięstwo nacjonalisty Geerta Wildersa, który zapowiadał walkę z Islamem i wyjście z Unii Europejskiej. Polscy politolodzy przeżywali, kształt przyszłej koalicji, liczyli ilość głosów opozycji. Tymczasem w Holandii wybory przeszły bez większego echa. To nie znaczy, że Holendrzy nie poszli głosować, jednak zrobili to bez całej tej medialnej otoczki. Poszli, zagłosowali i wszystko wskazuje, że wszystko będzie jak zawsze. Tymczasem po pragmatycznej decyzji większości holendrów, giełdy na świecie poszły w górę. Euro się umocniło, a europejscy liberałowie cieszą się i klepią po plecach.


    O ile wybory wygrała partia urzędującego premiera Marka Rutte (bądź Ruttego jak ktoś lubi deklinować), to z pewnością poza premierem zmieni się skład osobowy rządu. Wszystko to jest spowodowane tym, że holenderski system wyborczy, który nie uwzględnia progów wyborczych i proporcjonalnego rozkładu głosów, powoduje że do parlamentu wchodzi zwykle z piętnaście różnych partii. Uzbieranie większości koalicyjnej z tej mizerii osobowej trwa zwykle bardzo długo i musi pogodzić interesy kilku partii naraz. Jest to więc prawdziwy koszmar. Do tego czasu władzę kontynuuje dotychczasowy rząd. Bywało, że rozmowy koalicyjne trwały tak długo, że nowy rząd był powoływany dobrych kilka miesięcy po wyborach. Z naszego punktu widzenia istotne jest, że wybory przegrały partie skrajne. Bo jak kiedyś zauważył słusznie jeden pracujących ze mną Polaków (a nie podejrzewałem go o umiejętność myślenia), może by ten cały Wilders i zrobił wreszcie porządek z tą islamską hołota, ale pewnie potem wziąłby się za nas.

    Ważnym elementem holenderskiej polityki jest również wiek kandydatów. Liderzy przeważającej ilości partii kandydujących do władz są ciągle w wieku produkcyjnym. Są to więc ludzie, którym ciągle się chce. Są to też ludzie skorzy do kompromisów. Obecny premier, który był równocześnie poprzednim premierem i będzie też tym następnym - jest ogólnie rzecz biorąc -osobą o poglądach prawicowych. I pierwsza koalicja, której przewodził była, przechylona na prawo. Ta następna, której ponownie przewodził, była już centrolewicowa. Teraz, do końca nie wiadomo komu będzie przewodził pozatym, że przewodzić będzie. Co też istotne, gość rządzi od kilku lat, a w sumie to mało kto zapytany na ulicy wie, kto jest premierem. Bo skoro wszystko działa dobrze, to po co drążyć temat.
 

  Mnie jednak najciekawsza wydała mi się sama kampania wyborcza, której praktycznie nie zauważyłem. Oczywiście, jako że niestety ciągle nie mówię tym straszliwym językiem, to mój kontakt z lokalną telewizją jest raczej znikomy. Niemniej   jednak, nawet przeskakując z kanału na kanał, ani razu nie spotkałem się z jakimiś spotami telewizyjnymi. W radiu też raczej nie epatowali swoimi pomysłami na przyszłość Niderlandów. Miałem wrażenie, że dla holendrów ważniejsza była zbliżająca się kolejka Eredivisie niż wybory, po których rzekomo mieli zacząć strzelać do muzułmanów i burzyć podwaliny wspólnej Europy. Również na ulicach ilość i jakość plakatów wyborczych była tak niewielka, że ciężko było wywnioskować, czy to są kandydaci do Parlamentu, czy reklama sklepu z oknami. Wszystko skromne, niewielkie a przede wszystkim tanie. Bo po co inwestować w wielkie bilbordy skoro wszystko można znaleźć w internecie. Bo właśnie cała kampania wyborcza była przeniesiona do sieci i mediów społecznościowych. A przynajmniej tak mi opowiadali nieliczni Holendrzy, którzy zauważyli jakąkolwiek agitację polityczną. Agitowani czy nie to prawie 82 procent z uprawnionych do głosowania poszło do urn. Czyli zupełnie odwrotnie jak u nas, gdzie wszyscy żyją polityką, ale głosować to im się już nie chce.

Co ciekawe największy nacisk na tematy związane z wyborami miało moje dziecko w szkole. W ramach wychowania obywatelskiego dzieci uczyły się o wyborach w Holandii. Dziesięciolatki dowiedziały się, jakie są najważniejsze partie polityczne i jakie mają poglądy. Umiały rozszyfrować skróty partyjne, co jest nie lada wyzwaniem, gdy dwie największe partie mają same litery "V" w nazwach. Na koniec nauczycielka przeprowadziła im quiz na temat preferencji politycznych w klasie. Na podstawie pytań światopoglądowych, wyszło, że niemal cała klasa ma poglądy chadeckie. I właśnie chrześcijańskie centrum wygrałoby u nich wybory, co jest o tyle absurdalne, że ponad połowa dzieciaków jest wyznania islamskiego. Wygląda więc na to, że wbrew temu, co krzyczą populiści, mniejszości wyznaniowe (o ile to ciągle mniejszość) integrują się i przyjmują holenderskie wzorce kulturowe. Nikt nie będzie wychodził w Unii. A rozsądek społeczny i demokracja trzyma się dobrze, czego wszystkim rodakom w kraju ojców również życzę.
LEO
foty z googla

czwartek, 5 stycznia 2017

Fajerwerki na pomarańczowo


 Fajerwerki po holendersku



   Holendrzy nie przykładają większej wagi do świąt Bożego Narodzenia, Wielkanocy, Chanuki czy Ramadanu (jeszcze). Są jednak pewne wydarzenia, które przyspieszają bicie serca zjadaczom Goudy. Pierwszy to Sinterklass, czyli Św. Mikołaj, o którym już wcześniej pisałem. Drugim jest sylwester z fajerwerkami. A właściwie ważne są same sztuczne ognie, petardy hukowe i inne wynalazki robiące dużo hałasu i błysku.


      Właściwie jedynym powodem, dla którego Holendrzy świętują nowy rok, jest prawo pozwalające odpalać legalnie petardy od rana do 2 w nocy. Impreza zaczyna się już dobrych kilka godzin przed północą. Co kilka minut gdzieś w sąsiedztwie wybucha kolejny pocisk z saletry, a mój pies dostaje pierdolca. Huk się niesie po ulicach i aktywuje kolejnych wielbicieli wystrzałów do jeszcze bardziej zwiększonej aktywności dźwiękowej. A pies wyyyje!!!!

    Holendrzy, o ile skąpią praktycznie na wszystkim, to w trakcie kupowania fajerwerków nie liczą się z kosztami. Co roku potrafią wyjebać (w powietrze) 70 mln euro (sic). Zakupy na poziomie 300 euro za zestaw sztucznych ogni są rzeczą normalną. Jest jednak pewien problem. Prawo holenderskie jest bardzo restrykcyjne względem norm bezpieczeństwa. Dlatego wszystkie dostępne na rynku produkty są stosunkowo małe i mało widowiskowe. Czyli dokładnie nie takie, na jakie liczą konsumenci. Co więcej, można je kupić jedynie na trzy dni przed Sylwestrem. Stąd pod koniec roku policja regularnie prowadzi obławy na granicach z Niemcami i Belgią na szmuglerów ładunków wybuchowych (czyli zatrzymuje prawie wszystkie pojazdy na holenderskich blachach i konfiskuje petardy). Jest to dość ryzykowne, bo można dostać wysoką karę pieniężną i roboty publiczne. Na szczęście dla widowiska, sprytni hukowcy zawsze jakoś sprowadzą trochę towaru do kraju, by spokojnie wysadzić go sobie w powietrze, lub w ręce jak coś pójdzie nie tak.



    Co ciekawe w Holandii nie ma zwyczaju robić koncertów sylwestrowych czy jakichś większych pokazów z pieniędzy municypalnych. Wszyscy siedzą raczej w domu w towarzystwie rodziny czy przyjaciół popijają piwo i zajadają się ciastkami Oliebollen (takie pączki bez róży). Do niedawna prawie nikt nie kupował szampana (drogi). Teraz gdy ceny spadły, pija się również bąbelki, choć raczej w formie budżetowej. Lepiej wszystkie środki przeznaczyć na błyski i wybuchy.

   O ile w mieście, hałasy i wystrzały przypominają dźwięki, jakie można było usłyszeć w oblężonym Sarajewie, To o północy mamy do czynienia z bombardowaniem Berlina. Wybucha wszystko i wszędzie. Psy wyją, dzieci płaczą, ludzie się bawią. Prawdziwe pandemonium w morzu ognia i wybuchów. Czasami ktoś oberwie petardą, ale nikt nie robi z tego afery. Na niebie robi się jasno jak w dzień i głośno jak w gdańskiej stoczni. Prawdziwe bachanalia żarzących się lontów, świetlnych rozbłysków i głuchych eksplozji. Po godzinie słuchania jak twój pies wyje ze strachu i lata po domu jak poparzony, w końcu sąsiadom kończą im się zabawki. Nastaje cisza. Za to ulice toną w śmieciach i resztkach niewybuchów. Po asfalcie pałętają się całe hałdy syfu, jaki pozostawili imprezowicze. Potem te śmieci zalegają na chodnikach i rynsztokach miesiącami. A ludzie czekają, aż ktoś je łaskawie posprząta. Trzeba im jednak przyznać, że mają rozmach skur...syny.
Leo
P.S. Tabletki uspakajające dla czworonogów nie działają ani trochę, Wiec jak ktoś się zastanawia czy wydać na nie 10 euro, to niech sobie odpuści.

niedziela, 20 listopada 2016

Inwigilacja po holendersku





      Holandia mieni się krajem w pełni wolnym i liberalnym. Wolne są media, wolne są wybory i przede wszystkim wolni są obywatele. Wiedz jednak, że za tą wolnością stoi wiedza o tobie. Bo prawda jest taka, że choć obywatele są wolni, to państwo wszystko o nich wie, wszystko widzi i kontroluje. Zresztą obywatele też mogą wszystko wzajemnie kontrolować.

      Kilka dni temu, zadzwonił do mnie pan, który dokładnie wiedział, jakie mam zużycie prądu i gazu, po czym zaproponował zmianę mojego dostawcy na innego i tańszego. Oferta jak najbardziej kusząca, niemniej jednak mnie najbardziej interesowało, skąd on wie ile jak płacę za ten cholerny prąd. Wystarczyło trochę poszukać, by po chwili wpaść na stronę www, na której po wpisaniu mojego adresu, wyskoczyło dokładne zużycie prądu, typ zawartej przeze mnie umowy i oferty innych firm dla mojego miejsca zamieszkania. Faktycznie oferta, którą mi wcisnął była o 15 proc niższa od dotychczasowej. Co więcej, zmiana nie wymaga ode mnie żadnych czynności poza kliknięciem linku pod mailem. Resztą zajmuje się nowy dostawca. To on zrywa umowę z poprzednią firmą i zajmuje się wszystkimi formalnościami. A przynajmniej mam taką nadzieję.


        Podobnie było z dostawcą internetu. Wystarczyło, że podałem swój adres, a pan zza lady poinformował mnie natychmiast jakie są nowe możliwości podpięcia mnie do sieci. Wiedział, ile płacę, kiedy kończy mi się umowa, oraz która firma zapewni mi najlepszy przepływ kilobajtów na minutę, Przypuszczam też, że przy okazji zobaczył: ile czasu spędzam w sieci, jakie lubię filmy dla dorosłych i na którym odcinku skończyłem oglądać Grę o Tron. Co mi tam. Jeden podpis i trzy tygodnie później przyszedł inny pan i podpiął mi lepszy internet za niższą stawkę. Skąd oni to wiedzą – nie wiem. Jednak, podążając wątkiem szpiegowskim, możemy sprawdzać wiele rzeczy. Kupując auto, wrzucamy tylko numer rejestracyjny do systemu i już wiemy, kiedy zmieniali się poprzedni właściciele, ile zrobili kilometrów, ile razy byli wymieniać olej oraz czy samochód był kiedykolwiek bity i ile czasu spędził w warsztacie. Pewnie, gdyby się dobrze się wczytać to prawdopodobnie jest nawet napisane, czy kierowca dłubie w nosie lewą, czy prawą ręką. Z jednej strony to wiele ułatwia potencjalnemu kupcowi, jednak sama świadomość pełnej inwigilacji powoduje u mnie mieszane uczucia. 
          
      Również kwestia rozliczeń podatkowych jest w Holandii o wiele prostsza niż nad Wisłą czy Odrą (z obu jej stron). Wystarczy wpisać swoje dane w internet. Nazwisko, numer społeczny, adres. Do tego wpisać podpis elektroniczny (czyli po prostu kolejne hasło na co najmniej 8 znaków) i już dokładnie widać gdzie pracowałeś, ile godzin spędziłeś na przerwie i co dokładnie trzymasz w szafce w kącie po lewej stronie. Klikasz tylko potwierdzenie, że azali prawda to wszystko i już gotowe. Natychmiast dostajesz informacje, ile będziesz musiał dopłacić albo co równie prawdopodobne ile państwo jest Ci winne. I tu zaczynają się schody. Bo jak już wyszło, że należą Ci się jakieś pieniądze (mi pierwszy raz w życiu wyszło, że nic nie muszę dopłacać, więc system mi się od razu spodobał), to wypłata wymaga kilkukrotnej wymiany korespondencji między urzędem a obywatelem. Wydział Finansowy listownie się pyta, czy wiesz, że masz dostać zwrot. Tak wiem — odpisujesz w liście. Potem urząd wysyła zapytanie, czy to konto, które ten urząd doskonale widzi, to jest to konto, na które on (ten urząd) ma te pieniądze wpłacić. Zgadza się — odpisujesz grzecznie, udając że wcale się nie niecierpliwisz. W końcu urząd nie wie, że ty zdążyłeś już te wszystkie obiecane pieniądze dawno wydać i teraz musisz jak najszybciej spłacić debet na karcie.
       

     Bo władza w Holandii jest trochę jak taka żona na stare lata. Z jednej strony doi Cię na każdym kroku, wypomina wszystkie potknięcia i pamięta najmniejsze przewinienia sprzed dwudziestu lat. Z drugiej dba o ciebie, karmi cię i pilnuje, abyś za dużo nie wydał na niepotrzebne zbytki. Takie państwo opiekuńcze, bez względu na to, czy ty tej opieki chcesz, czy nie. Jednym się podoba innym trochę mniej. Jednak nie zmienia to faktu, że na ulicach jest bezpiecznie, zamachowców samobójców nie mamy (odpukać), a wszystko w miarę jako tako działa. A że wszyscy wszystko wiedzą to trudno. W zeszłym tygodniu śmieciarka do wywozu makulatury z przyczyn niewiadomych ominęła naszą ulicę. Na następny dzień moje własne śmieci znalazły się na moim progu do schowania na przyszły tydzień. Skąd ktoś wiedział, że te akurat śmieci są moje, a nie sąsiada tego nie wiem. Pewnie ktoś wpisał mój adres w internet i sprawdził: ile razy zamawiałem pizze do domu i czy byłem na zakupach w Ikei, bo takie śmieci zostały akurat na ulicy.



         I tak to jest żyć w kraju Wielkiego Brata. Z tego miejsca chciałem pozdrowić rząd Jego Królewskiej Mości i życzyć wielu sukcesów. Bo pewnie już wie, że opublikowałem właśnie tego posta. :)
LEO
Foty z Googla

wtorek, 13 września 2016

Wakacje po holendersku

Wakacje po holendersku



    W naszym kraju mało kto o tym wie, ale w Holandii praktycznie stale jest beznadziejna pogoda. Podobnie jak w Anglii wiecznie pada deszcz. W lecie ciągle siąpi, w zimie tak samo, tylko że dodatkowo czasami przymarza. A dzięki bliskości oceanu i braku jakichkolwiek wzniesień, ciągle hula wiatr, który potęguje odczuwanie chłodu. Nie bez powodu, przez stulecia nikt nie chciał podbić tego zakątka świata, bo mało kto planował tu przebywać dłużej, niż to jest konieczne. Tymczasem, Holendrzy jak na sraczkę pływali po ciepłych morzach i oceanach, niby to propagując handel (i trochę przy okazji niewolnictwo) nieźle się przy tym obławiając. Tak było mniej więcej do początku XX wieku, kiedy lokalsi zaczęli trochę lepiej prosperować a zamiast kolonizować zamorskie terytoria, zaczęli odwiedzać śródziemnomorskie plaże. Również w procesie dekolonizacji, zachowali sobie kilka karaibskich wysp, aby było gdzie wyjeżdżać na wakacje.

     Przeciętny Holender zawsze planuje jakiś wyjazd. Najmując się do pracy, zaznacza, kiedy weźmie pierwsze wolne — zwykle już trzy tygodnie po rozpoczęciu. Nie są to zwykle krótkie wyjazdy weekendowe, ale poważne wyprawy wakacyjne. Pomarańczowi są tak odzwyczajeni od widoku słońca, że gdy tylko trochę przyświeci i temperatury pójdą trochę w górę, to wszystko praktycznie zamiera. W niektórych firmach wręcz zachęcają do tego, aby ludzie zostali w domu i w razie możliwości pracowali zdalnie. W innych firmach management jest zobligowany do dostarczania darmowych zimnych napojów lub lodów, jeżeli temperatura na zewnątrz przekroczy 30 stopni a w środku 25. Słyszałem o przypadku gdy holenderski przedsiębiorca w ramach wypełniania swoich obowiązków ograniczył się do przyniesienia kubeczków jednorazowych, tłumacząc, że pracownicy mogą przecież pić kranówkę w łazience. Trzeba tu jednak nadmienić, że takich gorących słonecznych dni jest bardzo niewiele, więc firmy raczej nie zbankrutują płacąc za lody dla pracowników.


    Wakacje mają też dzieciaki w szkołach. Pięć razy do roku, co doprowadza rodziców do rozpaczy, gdy nie wiedzą c z nimi zrobić. Część rodzin wskakuje wtedy do Camperów i jadą na południe. W piątek wieczór trwa oficjalne rodzinne pakowanie auta — zwykle po dach. O świcie w sobotę wyrusza kawalkada pojazdów. Jeszcze trochę korków, tankowanie w Luksemburgu (bo taniej) i witaj przygodo. To dlatego Holendrzy najgłośniej protestowali przeciw płatnym winietom na niemieckich autostradach. W końcu to oni ciągle po nich jeżdżą. W dodatku lubią formować się w całe konwoje i wspólnie sunąć do Włoch albo Hiszpanii.
     Na miejscu wyszukują najtańsze Campingi. Ustawiają swoje pojazdy w czworobok (albo jakiś innobok w zależności od ilości pojazdów), tworząc swoje wewnętrzne podwórko. To trochę wygląda jak osadnicy na dzikim zachodzie, którzy się bronią schowani za swoimi wozami przed bandą krwiożerczych Indian (w tym wypadku włochów). Takie zachowanie doprowadza gościnnych południowców do rozpaczy, Holendrzy są samowystarczalni (wszystko w puszkach i proszku przywożą ze sobą) i nie korzystają z lokalnej oferty kulinarnej, do czasu aż skończą im się zasoby własne.


     Statystyki mówią, że w letnie wakacje wyjeżdża 82 proc Holendrów. Dodatkowo wyjeżdżają również w zimie i na wiosnę. Jest to prawdziwy exodus. Miasta się wyludniają, Telewizja wstrzymuje emisje nowych programów, z dróg znikają korki. W sierpniu centrum Eindhoven sprawia wrażenie polsko-arabskiej wioski, z której wymiotło autochtonów. Ciężko jest też cokolwiek załatwić, bo prawie nikogo nie ma w pracy. Życie w urzędach, biurach wymiera.

     Aby takie wojaże były możliwe, ważnym elementem życia zawodowego są pieniądze wakacyjne. Średnio 8 procent naszych zarobków jest co miesiąc odciąganych i lokowanych na specjalnym subkoncie. Te pieniądze są kumulowane raz w roku w okolicach Maja wypłacane dodatkowo z pensją. Ale nie cieszmy się za bardzo, bo jak to wszystko w Holandii również te pieniądze są opodatkowane, przez co połowę z naszych pieniędzy przekazujemy na wakacje królowi. No ale jak chce się mieć monarchę, to trzeba na niego łożyć. Kasa wakacyjna to świetna wiadomość dla imigrantów z Polski, bo jak wiadomo, sami oszczędzać nie umiemy. A tak rodacy raz w roku kupią sobie nowy telewizor albo zrobią remont łazienki. Polacy na wakacje i tak nie jeżdżą, bo ktoś musi tych holendrów w pracy zastąpić.

Leo
Fot. z googla

wtorek, 19 lipca 2016

O holenderskich wynalazkach




Holendrzy w swojej kreatywności nie mają sobie równych. Wprowadzając do użytku codziennego swoje koncepcji potrafią zadziwić niejeden naród a czasem nawet samych siebie. W ten sposób wypracowali u siebie wiele wynalazków, które nikomu na świecie nie przyszłyby do głowy (bo i po co).

Poldery


Holendrzy są prawdopodobnie jedynym narodem na świecie, który potrafi zwiększać swoje terytorium, nie robiąc tego kosztem sąsiadów. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że ich sąsiadem są Niemcy, a oni, jak wiadomo, lubią stosować politykę zgoła odmienną. Dlatego pomarańczowi wydzierają tereny morzu. Nie zastanawialiście się czasem — skąd się wzięła nazwa Morze Północne. Otóż kilkaset lat temu było sobie również Morze Południowe, ale Holendrzy postanowili je zasypać, Dziś Zamiast morza mamy cały region Niderlandów, płaskich jak stół i leżących poniżej poziomu morza (Północnego). Można? Można! Obecnie ocenia się, że 2/5 terytorium Holandii to sztucznie stworzone poldery. Stąd też osławione wiatraki w Holandii, które były niczym innym jak przepompowniami wody, które służyły do osuszania terenów. Trzeba przyznać, że stosowano długoterminową politykę terytorialną. Osuszanie takich ogromnych przestrzeni zajmowało kilka dobrych dekad, więc ci, którzy podejmowali takie decyzje, wiedzieli, że owoce swojej ciężkiej pracy zrywać będą najwcześniej ich wnuki.




Automaty w ścianie


Nim na stałe zagościły u nas kebaby i inne fast foody, W Holandii stosowaną inną metodę zaspakajania nocnego głodu. Na ulicach miast stały wmontowane w ściany budynków automaty serwujące gorące krokiety. Wyglądają jak szklane szafki z małymi półeczkami i szufladkami, przez które możesz zajrzeć do środka i zdecydować którego krokieta czy też frykadele masz ochotę spałaszować (zasadniczo wszystko jedno, bo wszystkie są wyjątkowo paskudne). Następnie wrzucamy monetę i otwieramy okienko, aby wyjąć podgrzane danie. Szybko i bezosobowo. Warto zaznaczyć, że holenderskie krokiety nie przypominają tych polskich. U nich to forma zmiksowanego półpłynnego farszu w panierce, opiekanego w gorącym tłuszczu. Smakuje to tylko holendrom. Jednak każdy powinien choć raz spróbować.

Grill Stołowy


Czy znacie jakieś holenderskie danie? Pewnie nie, bo nie ma czegoś takiego jak kuchnia holenderska. To, co jedzą na wielkiej depresji, nie jest jedzeniem, jest pożywieniem albo paszą. Ogólnie rzecz biorąc, wszystko co tu przyrządzają do jedzenia, składa się z gotowych półproduktów. Byle przygotowanie potraw nie trwało dłużej niż 15 minut. W końcu czas to pieniądz, a pomarańczowi nie lubią wydawać swoich pieniędzy. Mają jednak pewien wynalazek, który fajnie aranżuje kwestię obiadową. To mały grill elektryczny albo forma gorącej płyty, który stawiasz na stole i opiekasz sobie różne produkty we własnym zakresie podczas biesiady. Każdy opiekuje się swoim jedzeniem według swoich upodobań. Grill jest mały, poręczny i łatwy w obsłudze. Po wszystkim wyciągasz grzałkę i myjesz go jak zwykłe naczynia. Wielkim plusem takiego rozwiązania, jest to, że nikt nie jest uwiązany w kuchni, lecz wszyscy mogą siedzieć równocześnie przy stole.

Nóż do sera Gouda



Można śmiało założyć, że kupując jakikolwiek ser żółty w Holandii, będzie to ser Gouda (a raczej Houda; jak wymawiają tutejsi). W markecie można dostać ser krojony, ale prawdziwy koneserzy kupują tylko taki w kawałku. Mamy tu specjalne sklepy branżowe pełne wielkich żółtych owalnych bloków sera, które w zależności od długości leżakowania, nabierają innych walorów smakowych. Mają tu nawet specjalny nóż do sera, który swoim kształtem przypomina łopatkę do nakładania ciasta. Z tym że pośrodku ma szparkę z ostrzem, którym ociera się o ser, krojąc w ten sposób go na plasterki. Faktycznie, gdy już domyślimy się, jak działa to urządzenie, staje się ono bardzo przydatne. W razie czego zawsze nałożysz nim ciasto.

Pisuary uliczne


Nie mylić z potocznym określeniem, grupy aktualnie rządzącej w Polsce. Sikanie w miejscach publicznych to sport narodowy Holendrów. Pomarańczowi, co zrozumiałe lubią, spędzać weekendowe wieczory popijając złoty trunek. Picie piwa (o czym wie każdy, kto stał kiedyś w kolejce do toalety w pubie) powoduje wzmożoną chęć sikania i zwykle nie ogranicza się to do jednorazowej wizyty. Stąd by ulżyć (dosłownie i w przenośni) swoim obywatelom miasta ustawiają uliczne pisuary. Jedne mniej, drugie bardziej odkryte jednak przede wszystkim odgrywające swoją rolę w sytuacjach kryzysowych. Władze wiedzą, że gdy człowiek musi, to musi, więc żeby nie zalewał ulic, koszy na śmieci i murków stawiają mu lepszą alternatywę. Niezbyt to może apetycznie wygląda, ale zawsze to lepsze niż zaszczane nocami ulice.



Leo

Foty z Googla