wtorek, 19 lutego 2019

Lokatorzy po holendersku

O wątpliwych zaletach wynajmowania pokoju na strychu.


    Wynajmowaliście kiedyś pokój nieznajomemu? To ciekawa metoda poznawania nowych ludzi i kultur. Bardzo pomaga też sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego na pewnym etapie życia, tak fajnie jest mieszkać samemu. Ale wszystko po kolei.

     Eindhoven od kilku lat przypomina brzydkiego feniksa powstającego z popiołów. Tempo, w jakim rozwija się to miasto, jest oszałamiające. Ilość inwestycji, remontów i przebudów objawia się nie tylko coraz dłuższymi korkami. Gdy przyjechaliśmy tutaj ponad cztery lata temu, na co drugim domu była informacja, że jest na sprzedaż. Czyli był to wyraźny sygnał, że wszyscy uciekali z tego miasta gdzie pieprz rośnie. Ciężko było znaleźć pracę, knajp było mało, a miasto było brzydkie jak skurwysyn. Teraz po kilku latach, wszystko stanęło na głowie. Firmy nie mogą znaleźć pracowników, ludzie nie mogą znaleźć mieszkań, bo wszystko jest już sprzedane, lub wynajęte i tylko brzydko jest tak jak było.

     Korzystając ze sprzyjającej koniunktury mieszkaniowej, postanowiliśmy, że będziemy od czasu do czasu niedrogo wynajmować pokój gościnny celem podreperowania budżetu. Żeby jednak nie zwariować, zdecydowaliśmy, że lokum będziemy wynajmować tylko na okres krótkoterminowy. Będziemy czymś na kształt bidula dla osób, które szukają jakiegoś lokum w Eindhoven i dopóki nie znajdą, to mogą sobie siedzieć z nami i oglądać Netflixa. Idąc na przekór prawicowej fali światowej ksenofobii, postanowiliśmy, że będziemy jebanymi lewakami, którzy pomagają innym: dachem, radą i mądrością. I zaiste to piękne założenie było jednym z najgłupszych pomysłów, na jakie do tej pory wpadliśmy, mieszkając za granicą.


      Na początku trafiły nam się dwie Polki. Jako że z założenia chcieliśmy lewakować z osobami z różnych krajów i kultur, by uczyć się i poznawać co obce i ciekawe. Dlatego zdecydowaliśmy się na dwie dziewczyny z Krakowa. Wiele było radości, wirtualnych spacerów po Rynku i wspólnych wspomnień. I szło to naprawdę dobrze do czasu jak lokatorki odkryły uroki palenia lolków. Najpierw niewinnie — czasami, później częściej, by w końcu nagminnie. Nim się obejrzeliśmy nasz strych wyglądał jak ośrodek Monaru. To nie jest tak, że my mamy coś przeciwko paleniu marychy. W końcu wolność Tomku w swoim domku. Ale jednak jakieś formy kooperacji sąsiedzkiej są potrzebne, a gdy jedna strona jest zbyt odklejona od rzeczywistości, to współpraca robi się nieco jednostronna. Na szczęście dla naszej obecnej znajomości, dziewczyny dość szybko się usamodzielniły.

      Następnie przesunęliśmy się nieco na wschód. Zamieszkała u nas parka Litwinów. On był niespełnionym aktorem po psychologii, a ona chciała iść na uniwersytet. Prawdopodobnie chodziło jej o Hogwart, ale nie sprecyzowała tego dokładnie. Dlatego na początek wylądowali w fabryce przewodów scalonych. Współprzebywanie odbywało się dość znośnie, do czasu, gdy przyszło do tematu przeprowadzki. Z założenia nasza baza noclegowa miała być tylko tymczasowym rozwiązaniem na miesiąc lub dwa, czyli do czasu znalezienia własnego lokum. Potomkowie Mendoga. Co miesiąc grali twardo, że będą się od nas wyprowadzać, jednak ilekroć dochodziło do terminu pożegnania, nasi Litwini milkli i zamykali się w pokoju (wracali z wycieczki). By w ostatnim dniu umowy najmu, łamiącym głosem stwierdzić, że nic z tego i zostaną u nas dłużej. Nie wiedzieć czemu, wszystkie swoje niepowodzenia mieszkaniowe, skłaniały ich do przekonania, że to wszystko nasza polska wina. W końcu po kilku próbach znaleźli swoje mieszkanko. Wtedy powiedzieli nam, że ostatecznie nie było u nas tak źle i w ramach rewanżu zapraszają do siebie na kurtuazyjną wizytę. Wyślą nam zaproszenie. Kiedy? Nie wiem, bo minęło pół roku i ciągle czekamy.


     Skoro nie poszło nam dobrze na wschodzie to może lepiej na Zachód. Kolejnym lokatorem był stuprocentowy Bawarczyk. Ponoć kiedyś trzymało się żyda w piwnicy, my natomiast mieliśmy Niemca na strychu. Chłopak uosabiał w sobie wiele stereotypowych cech aryjskich. Był dwumetrowym blondynem o kwadratowej szczęce, niebieskich oczach i twarzy nieskażonej myśleniem. Świetnie zorganizowany, wysportowany, zaradny okazał się niestety wyjątkowym matołem. Mimo że miał robić staż informatyczny w Boschu, przerastała go obsługa pralki, czy zmywarki, choć obie miały instrukcje po niemiecku. Widzieliśmy też postępujący regres dobrych i zdrowych zachowań, które wyniósł z domu w kierunku leniwego lesera. W ciągu kilku tygodni, jego zbilansowana warzywna dieta przemieniła się w paszę typowego nastolatka lubującego się w najgorszym typie śmieciowego żarcia. Szybko okazało się, że sześć par butów do biegania, które przywiózł ze sobą w walizce i potem rozstawiał po całym domu, było tylko na pokaz. Miał jeszcze jedną cechę, która doprowadzała nas do szału. Chłopak potrafił godzinami oblegać jedyną w domu toaletę. Nie było w tym nic nadzwyczajnego zważywszy na jego nową dietę. Jednak pierwszy raz w życiu widziałem kogoś, kto w połowie jedzenia obiadu idzie się wysrać, aby po kilku minutach, jak gdyby nigdy nic wrócić do jedzenia. Na szczęście dla nas i dla Boscha — staż się skończył po dwóch miesiącach a chłopak wrócił do Monachium.


Prawdziwym gwoździem do trumny naszej małej rodzinnej Wspólnej Europy był jednak Hiszpan. Chłopak bardzo miły i uśmiechnięty wydawał się wręcz idealnym lokatorem, do czasu jak na drugi dzień po wprowadzeniu się do nas postanowił sprawdzić jak to jest się najeść ciasteczek z haszyszem. Ku przestrodze innym amatorom ciasteczek, powiem, że chłopak dostał psychozy i przemożnej bezsenności. Przez kilka dni i nocy z rzędu siedział na naszej kanapie i trząsł się ze strachu. Wszelką pomoc z naszej strony utrudniał fakt, że młody człowiek, jak przystało na mieszkańca Malagi, komunikował jedynie po hiszpańsku. Potrafił wparować w środku nocy do naszej sypialni i płakać z bliżej nieokreślonego powodu. Trzeba go było przytulać i głaskać jak trzylatka. Żeby ulżyć mu w cierpieniu, postanowiliśmy go czym prędzej odesłać do domu. Plan jednak nie poszedł do końca po naszej myśli. Bo jakoś tak nam wyszło, że zamiast wysłać go do mamy, to mama wysłała się do nas. I tak na naszej kanapie przez kolejny tydzień siedział Hiszpan z mamusią i oglądali kreskówki. W przerwach prowadzaliśmy go po lekarzach i terapiach. Koniec końców, udało się chłopaka doprowadzić do stanu używalności i następnie wysłać na swoje a mamusie z powrotem do domu. To nas ostatecznie przekonało, że wystarczy już tych eksperymentów i najlepiej zamieszkać samemu. Dlatego, każdy, kto wpadnie na podobny pomysł i przetrwa kilku lokatorów stanie się naszym cichym bohaterem. Z naszej strony mogę powiedzieć tylko jedno — kto spróbuje ten nudzić się nie będzie.

Leo
Foty z Googla.

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Szkoła po holendersku

Czyli o tym dlaczego nasze dzieci nas nienawidzą za przyjazd do Holandii


      Moje dziecko po raz kolejny zaczyna serie testów CITO. Biedaczysko będzie sraczkować przez najbliższy miesiąc codziennie pisząc kolejne testy i sprawdziany. Młody na szczęście odziedziczył inteligencję po matce, więc o wyniki nie trzeba się szczególnie martwić, ale i tak strasznie mi go żal. Zwłaszcza że nie do końca wiem z czego on musi pisać te wszystkie egzaminy, skoro nic tu się prawie nie uczą.

      No ale po kolei. Na początek przybliżmy trochę samą strukturę holenderskiej szkoły podstawowej. Placówki mogą być publiczne i niepubliczne. Te niepubliczne nie są neutralne światopoglądowo, czyli na przykład bywają katolickie, protestanckie, muzułmańskie czy Montessori, a nawet takie na wolnym wybiegu, co to dzieciaki cały dzień spędzają na świeżym powietrzu (trochę jak kury, żeby niosły lepsze jajka). Wszystkie na szczęście są finansowane z budżetu państwa. Ponieważ społeczeństwo się kompletnie zlaicyzowało, to szkoły protestanckie i katolickie niczym nie różnią się od publicznych. Pozostałe – wiadomo. Rodzice wybierają szkoły bardziej na podstawie opinii niż światopoglądu religijnego czy rejonizacji. Wszystko dlatego, że istnieje nieoficjalny podział na witte i zwarte school (białe i czarne). Nie chodzi oczywiście o kolor fasady, lecz o strukturę narodowościową. Jak się łatwo domyślić czarne szkoły są dla imigrantów i są właściwie po to, żeby dzieciaki mogły odbębnić obowiązek szkolny. Czyli stanowią taką przechowalnię z nauką pisania i może nawet czytania. Rodzice są w stanie wozić dzieciaki nawet kilka kilometrów dalej do lepszych szkół, byle tylko ich pociechy nie utknęły w jednej z takich zwarteschool. W tym roku do klasy Krzysia przeszło czworo dzieci, których rodzice przenieśli właśnie ze względu na złą opinię o ich dotychczasowych podstawówkach.

       Nauka trwa 8 lat (tu grup), tyle że zaczyna się ją w wieku 4-5 lat. Przez pierwsze dwa lata jest to bardziej przedszkole niż faktyczna szkoła. Holendrom jednak odpowiada ten układ, ponieważ szkoły są opłacane przez państwo, natomiast przedszkola już nie. Warto nadmienić, że koszt takiej fanaberii jak przedszkole bywa niemal równy pensji jednego rodzica. Stąd pracująca matka (lub ojciec, bo mamy równouprawnienie) to kwestia w znacznej mierze wyboru niż normy społecznej. Załóżmy jednak, że przetrwaliśmy okres przedszkolny i lądujemy w szkole. My jesteśmy cwani, bo przetrwaliśmy go w Polsce (240 zł miesięcznie) i w Niemczech (na koszt Landu Nadrenii i Palatynatu). Tu zaczynają się schody, bo szkoła w Holandii ciągle ma wolne albo strajkuje. Dzieciaki stale mają jakieś wakacje (letnie, jesienne, świąteczne, majowe) albo długie weekendy. Czasami mam wrażenie, że młody częściej ma wolne niż jakieś zajęcia. Na szczęście mamy PlayStation i stałe łączę, więc kwestia niani nie jest już dłużej dyskutowana.


      Załóżmy jednak, że młody jest w szkole. Ciężko powiedzieć, żeby się przepracowywał i czegokolwiek uczył poza to co wie już od dawna. Zakres szerzonej tam edukacji jest raczej ubogi. Nauczyciele uczą ich jednak czegoś innego. Tłumaczą, jak i gdzie zdobyć potrzebną wiedzę. Jest to metoda, która sprawdza się o wiele lepiej niż polskie szkolnictwo. Jest nadzieja, że po zakończeniu nauki, dziecko może nie będzie erudytą, ale na pewno będzie lepiej przystosowane do życia w społeczeństwie. Czyli jest to klasyczna metoda dawania wędki zamiast ryby. Jak wszystko ma swoje plusy i minusy. Dzieciaki robią prezentacje o książkach, opowiadają o swoich hobby, uczą się oszczędnie gospodarować pieniędzmi i wiedzą co to jest seks i jak się go robi. Ja z podstawówki wyniosłem wiedzę jak się rozmnażają rośliny nagonasienne, ale już niekoniecznie ludzie. Wydaje mi się, że idzie to więc w dobrym kierunku. Jako przykład podam sytuacje z naszego podwórka. Kilka tygodni temu dziecko zadało mi pytanie co myślę o golu Ronaldo strzelonym przewrotką i czy Arsen Wenger wreszcie opuści Arsenal. Szybko skonfundowałem, że przecież moje dziecko chyba nigdy w życiu nie wysiedziało na żadnym meczu, skąd więc nagle taka wiedza merytoryczna. Okazało się, że tureckie dzieciaki (czyli prawie wszystkie) ciągle gadają o piłce nożnej. Dlatego Krzyś, aby mieć o czym z nimi gadać, zaczął oglądać filmiki na YouTube z relacjami i newsami ze świata footballu. Czyli samo-edukować się. Dla mnie bomba.

      Kolejnym elementem, którym wyraźnie różni się holenderskie podejście to kwestia zadań domowych, a raczej ich braku. Dzieciaki nie mają też zeszytów ani książek. Materiały są kserowane na bieżąco. Jeżeli już muszą coś zrobić w domu to zwykle jest to zadanie on line. Dzieciaki się logują na odpowiednie strony i robią zadania. Wynik od razu się pokazuje dzieciom i nauczycielowi. Oczywiście o ile tylko uda się młodemu zalogować na serwer. Te zwykle nie działają. Muszą też przygotować prezentacje w PowerPoint i przedstawić ją na forum klasy. Ocena w dużej mierze zależy od tego, czy uda się zainteresować klasę, czy nie. Dzieciaki powinny też uczęszczać na sport lub inne zajęcia pozalekcyjne. Raz w roku dzieciaki dostają listę aktywności, którą można robić w najbliższej okolicy. Mogą zapisać się na kilka próbnych zwykle darmowych lekcji. Decyzję o dalszym uczęszczaniu można podjąć po kilku razach.

      Są jednak i minusy tutejszej edukacji. Najistotniejszym jest skomplikowana struktura szkół ponad podstawowych. Jest ich tyle rodzajów, że ciężko jest się połapać we wszystkich. Powiedzmy, że jakieś 60 procent dzieci udaje się do szkół zawodowych (te mogą być zwykłe, trochę lepsze, lepsze od tych trochę lepszych, i takie najlepsze z tych lepszych) i nie jest powód do wstydu. Część dzieci może się udać na edukacje powszechnie predysponującą do edukacji wyższej do poziomu licencjata (jakkolwiek to brzmi), wreszcie jakieś 10 proc idzie natomiast do szkół quasi naukowych, czyli takich, które powinny umożliwić dalszą naukę na Uniwersytecie (te też się dzielą na Gimnazjum – najlepsze, Technazjum — mniejlepsze, Ateneum — takie bez szału). Oczywiście w późniejszym okresie jest możliwość przeskakiwania między poziomami (bo zwykle wszystkie te poziomy są w tych samych szkołach tylko różnych klasach). Nie zaraz, że segregacja nie, nie. Jednak wiadomo jak to bywa, gdy dziecko ma już swoich kolegów itd. Wychodzi więc na to, że wybór szkoły na poziomie podstawowym ma spore znaczenie na przyszłość dziecka. Trochę to bez sensu, gdy o wszystkim decyduje nasza dyspozycja w wieku 11-12 lat.

      No i tu dochodzimy do tych cholernych testów. Ponieważ decyzja o wyborze szkoły jest podejmowana na podstawie pewnych ogólnych testów CITO (zwanych cheetosami), które co pół roku są przeprowadzane we wszystkich klasach wszystkich podstawówek. Testy mają szeroki zakres. Sprawdzane są umiejętności pisania, czytania ze zrozumieniem, matematyki, historii, przyrody itd. To ten okres w życiu dzieciaków, gdy mają najbardziej przejebane. Przez dobry miesiąc piszą codziennie różne testy. I tak średnio co pół roku. Trochę jak taka sesja na studiach, tyle że bez możliwości poprawek. Następnie na podstawie wyników, są przygotowywane raporty, by wychwycić tendencje w rozwoju ucznia. Do niedawna wyniki egzaminów decydowały o dalszej ścieżce edukacji. Teraz istotna staje się też opinią nauczycieli o dzieciach. Raport sporządzany przez wychowawcę decyduje o karierze dziecka. Dlatego lepiej nie konfliktować się z wychowawcą, bo może to się odbić na dziecku. Niby jest to obiektywne, ale każdy pamięta swoich nauczycieli sam wie jak to z tym bywa.Najważniejsze są wyniki testów z grupy siódmej i ósmej, choć na przykład nabór do szkół średnich odbywa się w marcu a testy w maju. Czyli dziecko je piszę wiedząc do jakiej szkoły pójdzie. Czyli jest to ogólnie rzecz biorąc absurd, choć dobry wynik może przesądzić o przesunięciu do lepszej klasy.

      CITO ma jednak jedną zaletę. Dzieciaki są chcąc nie chcąc bardziej przygotowane psychicznie na kolejne egzaminy. Pisząc je co pół roku, są bardziej odporne na związany z nimi stres, niż gdy odbywa się tylko jeden egzamin końcowy. Ma to znaczenie, bo niedyspozycje jednego dnia może im zamknąć drogę kariery. Tu muszą się wykazać regularną dyspozycją lub niedyspozycją. Niemniej jednak nie zazdroszczę młodemu stresu i nerwów. Na samopocieszenie dodam, że w naszym przypadku stres dotyczy tylko, czy Krzyś zdobędzie 100 procent punktów, czy tylko 98. Innym rodzicom powiem, też na pocieszenie, że polskie dzieciaki wypadają na tych testach bardzo dobrze. A błędy wynikają bardziej z problemów językowych niż braku umiejętności. Nauczyciele o tym wiedzą i na pewno uwzględnią to w raportach końcowych.
Do boju dzieciaki

Leo 
foty z Googla.

czwartek, 5 kwietnia 2018

Praca w Holandii

O wiecznym poszukiwaniu pracy z Holandii



    Czy wam też się już zdarzyło szukać pracy w Holandii? Jeżeli tu przyjechaliście to pewnie tak. Na pierwszy rzut oka nie jest to nic trudnego. Wystarczy przygotować CV i list motywacyjny i zasiąść do komputera. Następnie, wstukać w wyszukiwarkę kilka kluczowych słów i już naszym oczom ukazują się nieprzeliczone zakamarki niderlandzkiego rynku pracy. Potem wysyłamy swoje dokumenty na kilka wskazanych adresów i grzecznie czekamy na odpowiedź. No niby tak samo, jak wszędzie na świecie. I o ile jesteś spawaczem, kierowcą ciężarówki, specjalistą od prowadzenia przeróżnych urządzeń widłowych to pewnie w ciągu kilku minut, ktoś do was oddzwoni. I oczywiście, jeżeli umiecie odpowiedzieć kilka słów po niderlandzku albo chociaż po angielsku to pewnie w przeciągu dwóch dni będziecie już pracować i zarabiać te góry Ojro, o których tyle wam koledzy naopowiadali.

     Gorzej, gdy niestety nie jesteś kimś takim, wtedy okazuje się, że całe to twoje polskie wykształcenie jest Ci tu jak psu na budę. Bo tak niestety już jest, ono nikomu tu nie będzie potrzebne. O ile nie jesteś inżynierem lub programistą (ale skoro jesteś, to nie szukasz pracy w Holandii, bo masz ją u siebie), to wpadłeś jak śliwka w kompot pod rynną i to jeszcze w dupie u murzyna (afroholendra zgodnie z nutą poprawności). Załóżmy jednak przez chwilę, że gdzieś kiedyś kurwa stwierdziłeś, że jesteś cholernym humanistą i teraz ta decyzja będzie się za tobą snuć jak smród po gaciach. Otóż uwaga: Holendrzy nie potrzebują humanistów, mają swoich i pewnie też za bardzo nie wiedzą co nimi wszystkimi zrobić. Drogi humanisto, trudno trzeba zakasać rękawy i wziąć się do jakiejś uczciwej pracy. Mądry sobie możesz być po pracy.

    Ok, nie ma co załamywać rąk. W końcu już na czwartym roku studiów na kolejnym wykładzie z teorii polityki, czy czegoś równie istotnego dla istnienia świata, wyczuwałeś, że to kurde może się nie do końca przydać w przyszłości. Ale co tam, ciągle były imprezy, poważne dyskusje do rana, no i zniżki studenckie. Poza tym miało być wyższe wykształcenie, a więc klękajcie narody. To rzeczywiście ma wpływ na ciebie. Dzięki temu, w kwestionariuszu o pracę możesz sobie teraz zakreślić słowo Universiteit. To bardzo ułatwia sprawę pani z HR, bo w mailu zwrotnym może Ci spokojnie napisać overqualification. Czy to nie brzmi dumnie? I co z tego, że to już sto sześćdziesiąta ósma odmowa w tym tygodniu. Duma pozostaje.

    No dobra, skoro nie da się zabłysnąć edukacją, to pozostaje nabrać doświadczenia w jakieś przydatnej branży. Gdzieś się przemęczyć dwa, trzy lata i potem chwalić się zdobytą wiedzą praktyczną. To naprawdę nie jest takie trudne. Można nawet nieco naciągnąć fakty co do wcześniejszego doświadczenia, w większości przypadków wiedza ta jest na tyle prosta, że w trzy dni wszystkiego się nauczysz. Proponuje też przemilczeć fakt swojej wyższej edukacji. Po co twój przyszły przełożony ma się czuć nieswojo w twojej obecności. Lepiej nie dawać im za dużo argumentów do nielubienia Ciebie. W wielu przypadkach, twoi przełożeni i tak się zorientują, że potrafisz liczyć w pamięci nawet do dziesięciu, czasem zdarzy Ci użyć zdania złożonego, więc szybko zaproponują Ci nieco odpowiedzialniejsze stanowisko. Bylebyś nie zapomniał, gdzie twoje miejsce. Zresztą nie martw się tym, gdybyś zapomniał, to na pewno Ci przypomną.
       
      Ważne też, żebyś nie przywiązywał się specjalnie do swojego miejsca pracy. Bo ono na pewno nie będzie się przywiązywać do ciebie. Pozostaje pewną holenderską specyfiką, że prace będą Cię zmieniać dość często. Tak tak, one ciebie, a nie ty je. Ty byś pewnie nawet chciał gdzieś zostać na dłużej, ale niestety to nie będzie takie proste. Ponieważ pracodawcy zobligowani są do zaoferowania Ci stałego kontraktu po trzech czasowych. Możesz mieć pewność, że zrobią wszystko, aby tego uniknąć. Po wielu zakładach pracy krążą miejskie legendy, że ponoć czasem ktoś dostaje stały kontrakt. Ma on jednak status Yeti. To znaczy, wszyscy słyszeli, ale nikt nie widział. Dlaczego tak jest? Tłumaczył mi to kiedyś mój szef (zanim mnie zwolnił). Prawo w Holandii bardzo chroni pracowników (oczywiście tylko tych stałych kontraktowców). Ale ponieważ w każdym narodzie jest jakiś procent patentowanych nierobów, którzy mają dwie lewe ręce i trzy lewe nogi, to jak już jakiś pracodawca w procesie pomroczności jasnej zlituje się i weźmie takiego lewusa, to państwo kompletnie umywa od niego ręce. Znaczy, nie tyle umywa, co spycha obowiązki utrzymywania go na firmę, wychodząc z założenia, że teraz ktoś inny się buja z takim delikwentem. Ze swojej strony zapewnia tylko tyle, że pracodawca nie może sam rozwiązać umowy z taką osobą bez jej zgody. Czyli po prostu udupia pracodawcę. Nic więc dziwnego, że mało kto ryzykuje dać stały kontrakt.
 
     Są jednak pewne plusy holenderskiego rynku pracy. To jest rynek, który nigdy nie śpi. Bo ciągle gdzieś zwalniają. A jak zwalniają, to zwykle znaczy, że będą zatrudniać. Dlatego jak już piastujesz jakieś stanowisko i przysyłają Ci kogoś, żebyś go trochę poduczył — to uważaj. Znaczy to, że twoje dni są policzone. Spokojnie, niedługo zaczniesz przygodę w kolejnym zakładzie pracy. Nie martw się, nudzić się nie będziesz. Pocieszeniem jest też to, że na razie w Niderlandach pracy nie brakuje, a Polacy zdążyli sobie wyrobić markę osób pracowitych. Trzeba tylko schować dumę do kieszeni. Korzystne jest też, gdy mimo wrodzonej niechęci do nauki języków obcych, nauczymy się komunikować w języku lokalnym. Wtedy otwiera się przed nami znacznie szersza perspektywa pracy. Ponoć chcieć to móc.

Leo

poniedziałek, 9 października 2017

Seks w Holandii

Seks w Holandii

      Jakiś czas temu wszedłem na mojego starego bloga z Niemiec i przyznam, że trochę się zdziwiłem. Okazało się, że choć od przeszło trzech lat nic tam nie zamieściłem, to blog sobie dalej żyje swoim życiem. Co więcej, stale generuje niewielki ruch. Co jakiś czas pojawiają się też różne komentarze. Nawet kurcze czasem pozytywne. Tak w ogóle jakby ktoś chciał zobaczyć to www.unaswdojczlandzie.blogspot.pl.

       No właśnie, ale co Ci ludzie tam stale czytają? Otóż popularnym tematem jest choćby post o wyborach parlamentarnych w Niemczech i pozycji Angeli Merkel w CDU. Co z tego, że tekst traktuje o poprzednich wyborach, zdaje się, że czytelnicy tego nie zauważyli. Zresztą Bogiem a prawdą, nic tam się znowu tak u niej nie zmieniło. Popularny jest też tekst o niemieckiej policji, o ogłoszeniach matrymonialnych i o tym, że cholernie nie lubię, jak ktoś do mnie mówi po niemiecku. Tu się nawet niewiele zmieniło, bo nadal jak słyszę ten uroczy język, to aż mnie wzdryga. Jednak niekwestionowanym liderem odsłon jest tekst pt. „Milion Niemców dupczy polskie Polki”. To zdecydowanie fraza, która generuje największy ruch (klikalność). Już wyobrażam sobie to rozczarowanie w oczach moich czytelników, którzy spodziewali się jakichś porno-odniesień. Niestety tekst nie traktuje o seksie. A tytuł został zaczerpnięty od chłopaków w „Make Life Harder”. Tak, to Ci sami co teraz mają swój talk-show w Gazecie Wyborczej. Notabene muszę przyznać, że Maciej i Lucjan albo jak sami o sobie piszą „dwa pedały z żydowskiej gazety”, nie stracili pazura. Dobrze, że wypłynęli na szersze wody, bo mają niezłe poczucie humoru.

Wracając do dupczenia polskich Polek. Skoro w blogu o Niemczech temat seksu jest tak popularny, to należy napisać jak to jest w Holandii. Z moich obserwacji (a jako przykładny mąż, mogę sobie co najwyżej poobserwować) wynika, że jest znacznie lepiej. Zacznijmy od tego, że seks nie jest tu tematem tabu. Jest normalną sferą życia i nikogo nie dziwi, że ktoś chce go uprawiać. I jest to naprawdę zdrowe podejście, którego w kraju ojców chyba jeszcze przez jakiś czas nie uświadczymy.

O seksie edukuje się już dzieci w szkole i robi to zwykle ich nauczycielka. Nie trzeba zapraszać katechetki, psychologa, seksuologa itp. Bo nauczycielka też seks uprawia (z chłopakiem, a nie z dziećmi) i o tym fakcie po prostu mówi swoim uczniom. Krzyś lat 10 miał w szkole tzw. tydzień seksu. Dowiedział się co to jest, że robią to dorośli, a co gorsza prawdopodobnie nawet jego rodzice. Dzięki temu już nie panikuje, gdy przez przypadek (bo to ciągle chyba jeszcze jest przypadek) otworzy sobie stronę z gołymi babami. Co jednak istotne, dzieci uczą się nie tyle o prokreacji, lecz też o różnych zjawiskach damsko-męskich. Krzyś najbardziej się zmartwił, że jego najlepsza przyjaciółka będzie kiedyś miała okres i będzie przez to bolał ją brzuch. Zamęczał też swoją mamę dyskusjami czy woli podpaski, czy tampony, bo nauczycielka powiedziała, że sama używa tych drugich, bo są znacznie wygodniejsze. Możecie wierzyć lub nie ale dla takiego malca to temat rzeka. Aby podkreślić zwyczajność takich zagadnień, po tygodniu seksu był tydzień oszczędzania, który okazał się dla dzieciaków równie fascynujący.

Okazuje się, że taka metoda wychowawcza odnosi doskonałe skutki. Holandia ma najniższy w Europie odsetek ciąż wśród nieletnich. Dzieciaki wiedzą, co to jest prezerwatywa i jak się jej używa. Nastolatki nie zarażają się chorobami wenerycznymi, a odsetek aborcji (tak tak legalnych) jest dużo niższy niż w takich katolickich krajach, jak Polska. To nie znaczy, że młodzież nie uprawia seksu. Ależ skąd, walą się jak domy w Afganistanie, z tym że z większą świadomością co z tego może wyniknąć. Bo informacje i porady na tematy damsko-męskie są ogólnie dostępne. Polacy uczmy się.
W Holandii temat seksualności jest równie powszechny, jak choćby pogoda. Kilka tygodni temu znalazłem darmową gazetę z ogłoszeniami. Na okładce były ilustracje różnych typów członków w stanie spoczynku. Wychodząc z założenia, że przecież każdy jest tam na dole trochę inny i nie ma w tym nic nadzwyczajnego. O ile moi holenderscy koledzy nie zwrócili na to ogóle uwagi, o tyle krajanie już nie powstrzymali się od kilku komentarzy. No ale nas nikt oprócz wykradanych z kiosku świerszczyków seksu nie uczył. I stąd pewnie nasze poruszenie. Tymczasem tu widok gołego przyrodzenia, cycka czy dupy w przestrzeni publicznej nikomu nie wadzi.

Nie zapominajmy też, że Niderlandy to też kraj znany z dzielnic czerwonych latarni. Czyli w każdym większym mieście (wcale nie tylko Amsterdam) jest takie miejsce, zaułek, uliczka gdzie można sobie pójść „podupczyć”. I tu naprawdę nikt z tego nie robi afery. Obok okienek stoi sobie policja i wcale nie strzela do tych, którzy się na te panienki patrzą. Zresztą te panienki też sobie patrzą na was, więc równowaga jest zachowana. A to, że one są w bieliźnie, nic nie znaczy, w końcu jak chcesz wejść do środka, to też się musisz rozebrać. A jak wiadomo — licznik bije. Szkoda więc marnować czas i pieniądze. Panie są bezpieczne, regularnie badane i zmuszone do płacenia podatków.
Mam jednak złą wiadomość dla amsterdamskich podglądaczy. Decyzją rady miejskiej, ponad połowa okienek w czerwonej dzielnicy zostanie zamknięta, Rzecz w tym, że mimo legalności tego biznesu został on w całości przejęty przez typów o mocno podejrzanej reputacji. Doszło też do mocnej wymiany personelu. O ile jeszcze dwadzieścia lat temu, była to profesja holenderska, to teraz rynek został zalany przez tanią siłę roboczą (no bo jak to nazwać) z Europy Wschodniej i z Afryki i Azji. Ceny spadły. Kiedyś normą było 50 euro za 15 minut, teraz można zejść z ceną nawet do 20-30 euro. Jednym ta wiadomość może się podoba innym pewnie mniej. Nie zmienia to faktu, że dla poprawy wizerunku i bezpieczeństwa miasta, dzielnica będzie systematycznie zmniejszana. Lokalni przedsiębiorcy zaś wysadzani z interesu. Władze będą skupować budynki i zmniejszać ilość okien. Z około 500 działających pokoików, liczba ta ma zmniejszyć się do ok. 240 okien. Ceny pewnie wzrosną, a brytyjscy turyści zbiednieją, ale ma dzięki temu zrobić się bezpieczniej, czego wam i tym paniom najserdeczniej życzę.


P.S. Holenderski to pierwszy język (a uczyłem się już kilku i zawsze z podobnie mizernym skutkiem), w którym ucząc się z podstawowych słówek z fiszek trafiłem na słowo seks. Oczywiście Seks po holendersku brzmi dokładnie tak samo jak w innych językach i pewnie dlatego je zapamiętałem.



Lech Osuchowski

poniedziałek, 4 września 2017

Zostań krzykliwyn petentem

Dlaczego w Holandii wszystko trzeba załatwiać z mordą?




         Holendrzy znani są w Europie z mocno liberalnego i wyluzowanego podejścia do życia. Z reguły nigdzie im się nie spieszy (zwłaszcza w sklepowej kolejce), nie przywiązują większej uwagi do szczegółów, oraz z pewną dozą sympatii patrzą na cudzą niefrasobliwość. Jeżeli na coś się umawiasz z Holendrem, możesz być prawie pewien, że wbrew jego zapewnieniom umowa ta wcale nie będzie tak do końca przestrzegana. Nie wynika to jednak ze złej woli, lecz pewnej dozy bylejakości. Mieszkańcy Niderlandów lubią stosować starą zasadę – Jak czegoś nie wolno, ale nikt nie widzi to trochę można. To się tyczy rzeczy tak przyziemnych jak choćby sprzątanie kup po swoim pupilu (wyjątkowo omijana zasada społeczna – widoczna na każdym rogu), do naprawdę poważnych jak jeżdżenie autem po kilku piwach lub jointach. (niestety jest to zjawisko tutaj dość popularne).
         
          To samo się tyczy punktualności. Dla Pomarańczowych czas jest pojęciem względnym, rozciągliwym i na wszystko jest go mnóstwo. Wiele działań znajduje się zwykle w mitycznej krainie zwanej „jutro”. A najlepszą formą jakiegokolwiek działania jest branie rzeczy na przeczekanie. A nuż się wszystko samo rozwiąże. Jak nie wiesz to poczekaj. Nie jest to praktyka tak bardzo odmienna od naszej rodzimej, a jednak pomimo tej przypadłości wszystko ciągle się tu kręci i brnie do przodu. Wszyscy starają się być mili i uśmiechnięci. Bo chociaż idziesz coś załatwić i jak zwykle wychodzisz z niczym to przynajmniej było miło, była kawa i było „gezelig”.
  
        Dlatego gdy naprawdę musisz coś załatwić szybko i skutecznie to trzeba to zrobić „po Niemiecku”. Najlepiej krzykiem, groźbą i zastraszeniem. To jedyna metoda, która działa na Holendrów (oni też graniczą z Niemcami i wiedzą jak to jest). Petent, który się awanturuje, jest niemiły i bezczelny jest zwykle obsługiwany jako pierwszy. To nie o to chodzi, że ktoś się go boi – po prostu chodzi o to żeby sobie jak najszybciej poszedł i najlepiej już nie wracał. To trochę przypomina grę w cykora. Wchodzisz do banku, jesteś miły i chętny na współpracę to się okazuje, że niestety nic się dla Ciebie nie da zrobić. Umowa nie taka, zarobki nie takie, zasady nie takie itd. Ale jak już podniesiesz głos, to nagle wychodzi na to, że trochę się da. A jak zabierasz swoje papiery robisz trochę szumu aby wszyscy w banku słyszeli i mówisz, że idziesz do konkurencji to nagle wszystkie wątpliwości zostają rozwiane a umowa, która jest jak najbardziej korzystna dla obu stron szybko ląduje na biurku do podpisania.

        Tak samo jest u lekarza. Ten będzie Cię odsyłał w nieskończoność, aż zażądasz w kategoryczny sposób konkretnego działania. Gdy wyczuje zdecydowanie w twoim głosie i pełną determinacje to wtenczas okazuje się, że leczenie jest możliwe, leki dostępne a wszystko nie zajmuje dłużej niż kilka minut. Podobnie jest z wszelkimi urzędnikami, sprzedawcami, usługodawcami. Aby pobudzić ich do działania, trzeba ich wyciągnąć z ich strefy komfortu i przeczekiwania. Gdy już muszą się z kimś skonfrontować ich działania są szybkie i skuteczne.

        Nie można też zapominać o stałym telefonicznym lub osobistym gnębieniu Holendra. Jeżeli pragniesz coś załatwić zdalnie przygotuj się na to, że trzeba będzie kilkakrotnie przypomnieć o sobie i zwykle ponownie wyłuszczyć swoją sprawę od początku. Zwykle po trzecim czwartym ponagleniu sprawa zostaje w końcu załatwiona. Z reguły mogłaby już być już po pierwszym telefonie, jednak widocznie nie zapadliśmy dobrze w pamięć naszemu rozmówcy i on po prostu o nas zapomniał. Widocznie skoro nie dzwonisz dwukrotnie to znaczy, że ci wcale na tym nie zależy. Zalatuje to wręcz nękaniem, ale oni chyba to lubią. Irytujące? Owszem. Na pocieszenie powiem, że z reguły wszystko w Holandii da się „załatwić”. Przy dobrej niemieckiej argumentacji, Holender z chęcią przymknie oko na przepisy, zrobi odmienną wykładnie prawa i zgodzi się z tobą. Trzeba mu w tym tylko trochę pomóc. Czego wszystkim niecierpliwym życzę.



P.S. - Rzeczone zasady wcale nie tyczą się podatków i Urzędu Skarbowego – ale tak to jest chyba w każdym kraju.

poniedziałek, 10 lipca 2017

Pokolenia po Holendersku

O holenderskiej współpracy międzypokoleniowej.


       Czy jesteście w stanie wyobrazić sobie dwudziestokilkulatka tańczącego pod rękę ze swoim blisko osiemdziesięcioletnim dziadkiem? Mimo powszechnego skojarzenia, nie jest to wcale wizja chorego na głowę wolontariusza odnajdującego swoje szczęście w domu spokojne starości, lecz typowa zabawa w wydaniu holenderskiej rodziny. Trzeba tu przyznać, że Holendrzy potrafią się bawić międzypokoleniowo. To ciekawe zjawisko, nie jest może czynem nagminnym — bo jak wiadomo imprezy są drogie - a co drogie, jest holendrowi z natury obce. Jednak, jeżeli dojdzie już do takiego rodzinnego spotkania, to wspólnie bawią się wszyscy. Z jednej strony wynika to pewnie z wrodzonego luzu Holendrów. Oni (również Ci starzy) po prostu lubią się bawić. Z drugiej strony, wzmożona aktywność imprezowa wynika z pewnego odosobnienia rodzinnego. Tu dziadki nie mieszkają z rodziną, tylko co najwyżej same ze sobą. A jak już nie dają radę chodzić po schodach, to lądują najczęściej w domu spokojnej starości. Przypuszczalnie dlatego, gdy wreszcie uda im się spotkać wnuki (którymi się raczej nie opiekują zbyt intensywnie, bo mają swoje sprawy, a nie jak u nas głodowe emerytury), to mają powód do świętowania.


       Nie zmienia to faktu, że co u nas przystoi tylko w pewnym wieku, Holendrom przystoi zawsze. A to jest bardzo pozytywne i ciekawe zjawisko. Kilka tygodni temu poszliśmy na festiwal muzyki klubowej o lokalnie swojsko brzmiącej nazwie Flying Dutch. Idea imprezy jest taka, że w trzech miastach równocześnie (Amsterdam, Rotterdam, Eindhoven) odbywają się trzy wielkie koncerty. A Holenderscy DJ-e (Dutch) są transportowani z jednej sceny na drugą helikopterami (Flying). W ten sposób, w jeden wieczór obskakują trzy koncerty równocześnie. Pomysł sam w sobie bardzo fajny, a bilety przez to drogie. Idąc na koncert obawialiśmy się, że z racji wieku będziemy tam najstarsi, tymczasem ku naszemu zdziwieniu okazało się, że w nowoczesnych rytmach bawili się i starzy i młodzi. Przy czym my w porównaniu z resztą upitego i nico zaćpanego towarzystwa byliśmy raczej ciągle Ci młodzi. Podbudowani tym faktem, wypiliśmy kilka wygazowanych piw i jak to zwykle ludzie w naszym wieku szybko wróciliśmy do domu oglądać serial przed telewizorem. Nim jednak opuściliśmy plażę w Ersel, natknęliśmy się na ludzi w każdym wieku. Wszyscy bawili się razem. I wspólnie pili przemycony alkohol. Pod tym względem wszyscy zachowywali się jak polskie nastolatki wypuszczone na pierwszą w życiu domówkę.


        Co godne podkreślenia współpraca międzypokoleniowa nie ogranicza się jedynie do momentów zakrapianych procentami. Holendrzy lubią poświęcać wiele uwagi najmłodszym, ale robią to w dorosły sposób. Od kilku tygodni Krzyś uczęszcza na lekcje gry na gitarze. W pobliskim domu kultury, grupa muzyków pomiędzy drugim i trzecim krzyżykiem życia, poświęca swój wolny czas na zajęcia z dziesięciolatkami. Ubrani na czarno długowłosi i nieco niedomyci Goci miast grać muzykę metalową, chlać absynt i oddawać cześć szatanowi, prowadzą lekce dla dzieciaków. Robią to za darmo i widać po nich, że te lekcje sprawiają im taką samą frajdę jak młodzieży szkolnej. To naprawdę niezapomniany widok, gdy czarny typ z lekkim make-upem, ćwiekami na nadgarstu, i kolczykami w różnych rejonach twarzy przybija sobie piątkę z twoim małym poczciwym blondynkiem i razem brzdękają sobie kawałek the White Stripes. Mimo pewnych różnic w metodach spędzania wolnego czasu muzyka łączy ich i sprawia ogromną frajdę. Chłopaki wymieniają się uwagami o ulubionych zespołach, podpowiadają nowe kawałki i słuchają muzyki. Ale - co najważniejsze przedstawiciele subkultury metalowej, traktują swoich małych podopiecznych jak kumpli i rozmawiają z nimi na równi jak z dorosłymi. Nieważne, że jeden ma na koszulce napisane Behemot a drugi Myszka Mickey, bo razem się świetnie rozumieją.

      Podobne dziwne pary można spotkać niemal wszędzie. Czy to będzie straż sąsiedzka, czy grupa wieczornych biegaczy, którzy odziani w obciachowe kamizelki odblaskowe, przemierzają co wieczór naszą ulicę. Nikogo takie przyjaźnie nie dziwią i nie szokują. Bo jak się bawić to wszyscy razem.

LEO
Foty nasze i z Googla.

środa, 22 marca 2017

Wybory po holendersku

Jak wybierają ludzie w rozsądnym kraju




    Jak pewnie widzieliście i słyszeliście w polskiej prasie i telewizji, w zeszłym tygodniu odbyły się wybory parlamentarne w Holandii. W naszym kraju i na świecie było wielkie poruszenie tym wydarzeniem. Dziennikarze trąbili o niebezpieczeństwie, jakim byłoby zwycięstwo nacjonalisty Geerta Wildersa, który zapowiadał walkę z Islamem i wyjście z Unii Europejskiej. Polscy politolodzy przeżywali, kształt przyszłej koalicji, liczyli ilość głosów opozycji. Tymczasem w Holandii wybory przeszły bez większego echa. To nie znaczy, że Holendrzy nie poszli głosować, jednak zrobili to bez całej tej medialnej otoczki. Poszli, zagłosowali i wszystko wskazuje, że wszystko będzie jak zawsze. Tymczasem po pragmatycznej decyzji większości holendrów, giełdy na świecie poszły w górę. Euro się umocniło, a europejscy liberałowie cieszą się i klepią po plecach.


    O ile wybory wygrała partia urzędującego premiera Marka Rutte (bądź Ruttego jak ktoś lubi deklinować), to z pewnością poza premierem zmieni się skład osobowy rządu. Wszystko to jest spowodowane tym, że holenderski system wyborczy, który nie uwzględnia progów wyborczych i proporcjonalnego rozkładu głosów, powoduje że do parlamentu wchodzi zwykle z piętnaście różnych partii. Uzbieranie większości koalicyjnej z tej mizerii osobowej trwa zwykle bardzo długo i musi pogodzić interesy kilku partii naraz. Jest to więc prawdziwy koszmar. Do tego czasu władzę kontynuuje dotychczasowy rząd. Bywało, że rozmowy koalicyjne trwały tak długo, że nowy rząd był powoływany dobrych kilka miesięcy po wyborach. Z naszego punktu widzenia istotne jest, że wybory przegrały partie skrajne. Bo jak kiedyś zauważył słusznie jeden pracujących ze mną Polaków (a nie podejrzewałem go o umiejętność myślenia), może by ten cały Wilders i zrobił wreszcie porządek z tą islamską hołota, ale pewnie potem wziąłby się za nas.

    Ważnym elementem holenderskiej polityki jest również wiek kandydatów. Liderzy przeważającej ilości partii kandydujących do władz są ciągle w wieku produkcyjnym. Są to więc ludzie, którym ciągle się chce. Są to też ludzie skorzy do kompromisów. Obecny premier, który był równocześnie poprzednim premierem i będzie też tym następnym - jest ogólnie rzecz biorąc -osobą o poglądach prawicowych. I pierwsza koalicja, której przewodził była, przechylona na prawo. Ta następna, której ponownie przewodził, była już centrolewicowa. Teraz, do końca nie wiadomo komu będzie przewodził pozatym, że przewodzić będzie. Co też istotne, gość rządzi od kilku lat, a w sumie to mało kto zapytany na ulicy wie, kto jest premierem. Bo skoro wszystko działa dobrze, to po co drążyć temat.
 

  Mnie jednak najciekawsza wydała mi się sama kampania wyborcza, której praktycznie nie zauważyłem. Oczywiście, jako że niestety ciągle nie mówię tym straszliwym językiem, to mój kontakt z lokalną telewizją jest raczej znikomy. Niemniej   jednak, nawet przeskakując z kanału na kanał, ani razu nie spotkałem się z jakimiś spotami telewizyjnymi. W radiu też raczej nie epatowali swoimi pomysłami na przyszłość Niderlandów. Miałem wrażenie, że dla holendrów ważniejsza była zbliżająca się kolejka Eredivisie niż wybory, po których rzekomo mieli zacząć strzelać do muzułmanów i burzyć podwaliny wspólnej Europy. Również na ulicach ilość i jakość plakatów wyborczych była tak niewielka, że ciężko było wywnioskować, czy to są kandydaci do Parlamentu, czy reklama sklepu z oknami. Wszystko skromne, niewielkie a przede wszystkim tanie. Bo po co inwestować w wielkie bilbordy skoro wszystko można znaleźć w internecie. Bo właśnie cała kampania wyborcza była przeniesiona do sieci i mediów społecznościowych. A przynajmniej tak mi opowiadali nieliczni Holendrzy, którzy zauważyli jakąkolwiek agitację polityczną. Agitowani czy nie to prawie 82 procent z uprawnionych do głosowania poszło do urn. Czyli zupełnie odwrotnie jak u nas, gdzie wszyscy żyją polityką, ale głosować to im się już nie chce.

Co ciekawe największy nacisk na tematy związane z wyborami miało moje dziecko w szkole. W ramach wychowania obywatelskiego dzieci uczyły się o wyborach w Holandii. Dziesięciolatki dowiedziały się, jakie są najważniejsze partie polityczne i jakie mają poglądy. Umiały rozszyfrować skróty partyjne, co jest nie lada wyzwaniem, gdy dwie największe partie mają same litery "V" w nazwach. Na koniec nauczycielka przeprowadziła im quiz na temat preferencji politycznych w klasie. Na podstawie pytań światopoglądowych, wyszło, że niemal cała klasa ma poglądy chadeckie. I właśnie chrześcijańskie centrum wygrałoby u nich wybory, co jest o tyle absurdalne, że ponad połowa dzieciaków jest wyznania islamskiego. Wygląda więc na to, że wbrew temu, co krzyczą populiści, mniejszości wyznaniowe (o ile to ciągle mniejszość) integrują się i przyjmują holenderskie wzorce kulturowe. Nikt nie będzie wychodził w Unii. A rozsądek społeczny i demokracja trzyma się dobrze, czego wszystkim rodakom w kraju ojców również życzę.
LEO
foty z googla