Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emigranci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emigranci. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 lutego 2019

Lokatorzy po holendersku

O wątpliwych zaletach wynajmowania pokoju na strychu.


    Wynajmowaliście kiedyś pokój nieznajomemu? To ciekawa metoda poznawania nowych ludzi i kultur. Bardzo pomaga też sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego na pewnym etapie życia, tak fajnie jest mieszkać samemu. Ale wszystko po kolei.

     Eindhoven od kilku lat przypomina brzydkiego feniksa powstającego z popiołów. Tempo, w jakim rozwija się to miasto, jest oszałamiające. Ilość inwestycji, remontów i przebudów objawia się nie tylko coraz dłuższymi korkami. Gdy przyjechaliśmy tutaj ponad cztery lata temu, na co drugim domu była informacja, że jest na sprzedaż. Czyli był to wyraźny sygnał, że wszyscy uciekali z tego miasta gdzie pieprz rośnie. Ciężko było znaleźć pracę, knajp było mało, a miasto było brzydkie jak skurwysyn. Teraz po kilku latach, wszystko stanęło na głowie. Firmy nie mogą znaleźć pracowników, ludzie nie mogą znaleźć mieszkań, bo wszystko jest już sprzedane, lub wynajęte i tylko brzydko jest tak jak było.

     Korzystając ze sprzyjającej koniunktury mieszkaniowej, postanowiliśmy, że będziemy od czasu do czasu niedrogo wynajmować pokój gościnny celem podreperowania budżetu. Żeby jednak nie zwariować, zdecydowaliśmy, że lokum będziemy wynajmować tylko na okres krótkoterminowy. Będziemy czymś na kształt bidula dla osób, które szukają jakiegoś lokum w Eindhoven i dopóki nie znajdą, to mogą sobie siedzieć z nami i oglądać Netflixa. Idąc na przekór prawicowej fali światowej ksenofobii, postanowiliśmy, że będziemy jebanymi lewakami, którzy pomagają innym: dachem, radą i mądrością. I zaiste to piękne założenie było jednym z najgłupszych pomysłów, na jakie do tej pory wpadliśmy, mieszkając za granicą.


      Na początku trafiły nam się dwie Polki. Jako że z założenia chcieliśmy lewakować z osobami z różnych krajów i kultur, by uczyć się i poznawać co obce i ciekawe. Dlatego zdecydowaliśmy się na dwie dziewczyny z Krakowa. Wiele było radości, wirtualnych spacerów po Rynku i wspólnych wspomnień. I szło to naprawdę dobrze do czasu jak lokatorki odkryły uroki palenia lolków. Najpierw niewinnie — czasami, później częściej, by w końcu nagminnie. Nim się obejrzeliśmy nasz strych wyglądał jak ośrodek Monaru. To nie jest tak, że my mamy coś przeciwko paleniu marychy. W końcu wolność Tomku w swoim domku. Ale jednak jakieś formy kooperacji sąsiedzkiej są potrzebne, a gdy jedna strona jest zbyt odklejona od rzeczywistości, to współpraca robi się nieco jednostronna. Na szczęście dla naszej obecnej znajomości, dziewczyny dość szybko się usamodzielniły.

      Następnie przesunęliśmy się nieco na wschód. Zamieszkała u nas parka Litwinów. On był niespełnionym aktorem po psychologii, a ona chciała iść na uniwersytet. Prawdopodobnie chodziło jej o Hogwart, ale nie sprecyzowała tego dokładnie. Dlatego na początek wylądowali w fabryce przewodów scalonych. Współprzebywanie odbywało się dość znośnie, do czasu, gdy przyszło do tematu przeprowadzki. Z założenia nasza baza noclegowa miała być tylko tymczasowym rozwiązaniem na miesiąc lub dwa, czyli do czasu znalezienia własnego lokum. Potomkowie Mendoga. Co miesiąc grali twardo, że będą się od nas wyprowadzać, jednak ilekroć dochodziło do terminu pożegnania, nasi Litwini milkli i zamykali się w pokoju (wracali z wycieczki). By w ostatnim dniu umowy najmu, łamiącym głosem stwierdzić, że nic z tego i zostaną u nas dłużej. Nie wiedzieć czemu, wszystkie swoje niepowodzenia mieszkaniowe, skłaniały ich do przekonania, że to wszystko nasza polska wina. W końcu po kilku próbach znaleźli swoje mieszkanko. Wtedy powiedzieli nam, że ostatecznie nie było u nas tak źle i w ramach rewanżu zapraszają do siebie na kurtuazyjną wizytę. Wyślą nam zaproszenie. Kiedy? Nie wiem, bo minęło pół roku i ciągle czekamy.


     Skoro nie poszło nam dobrze na wschodzie to może lepiej na Zachód. Kolejnym lokatorem był stuprocentowy Bawarczyk. Ponoć kiedyś trzymało się żyda w piwnicy, my natomiast mieliśmy Niemca na strychu. Chłopak uosabiał w sobie wiele stereotypowych cech aryjskich. Był dwumetrowym blondynem o kwadratowej szczęce, niebieskich oczach i twarzy nieskażonej myśleniem. Świetnie zorganizowany, wysportowany, zaradny okazał się niestety wyjątkowym matołem. Mimo że miał robić staż informatyczny w Boschu, przerastała go obsługa pralki, czy zmywarki, choć obie miały instrukcje po niemiecku. Widzieliśmy też postępujący regres dobrych i zdrowych zachowań, które wyniósł z domu w kierunku leniwego lesera. W ciągu kilku tygodni, jego zbilansowana warzywna dieta przemieniła się w paszę typowego nastolatka lubującego się w najgorszym typie śmieciowego żarcia. Szybko okazało się, że sześć par butów do biegania, które przywiózł ze sobą w walizce i potem rozstawiał po całym domu, było tylko na pokaz. Miał jeszcze jedną cechę, która doprowadzała nas do szału. Chłopak potrafił godzinami oblegać jedyną w domu toaletę. Nie było w tym nic nadzwyczajnego zważywszy na jego nową dietę. Jednak pierwszy raz w życiu widziałem kogoś, kto w połowie jedzenia obiadu idzie się wysrać, aby po kilku minutach, jak gdyby nigdy nic wrócić do jedzenia. Na szczęście dla nas i dla Boscha — staż się skończył po dwóch miesiącach a chłopak wrócił do Monachium.


Prawdziwym gwoździem do trumny naszej małej rodzinnej Wspólnej Europy był jednak Hiszpan. Chłopak bardzo miły i uśmiechnięty wydawał się wręcz idealnym lokatorem, do czasu jak na drugi dzień po wprowadzeniu się do nas postanowił sprawdzić jak to jest się najeść ciasteczek z haszyszem. Ku przestrodze innym amatorom ciasteczek, powiem, że chłopak dostał psychozy i przemożnej bezsenności. Przez kilka dni i nocy z rzędu siedział na naszej kanapie i trząsł się ze strachu. Wszelką pomoc z naszej strony utrudniał fakt, że młody człowiek, jak przystało na mieszkańca Malagi, komunikował jedynie po hiszpańsku. Potrafił wparować w środku nocy do naszej sypialni i płakać z bliżej nieokreślonego powodu. Trzeba go było przytulać i głaskać jak trzylatka. Żeby ulżyć mu w cierpieniu, postanowiliśmy go czym prędzej odesłać do domu. Plan jednak nie poszedł do końca po naszej myśli. Bo jakoś tak nam wyszło, że zamiast wysłać go do mamy, to mama wysłała się do nas. I tak na naszej kanapie przez kolejny tydzień siedział Hiszpan z mamusią i oglądali kreskówki. W przerwach prowadzaliśmy go po lekarzach i terapiach. Koniec końców, udało się chłopaka doprowadzić do stanu używalności i następnie wysłać na swoje a mamusie z powrotem do domu. To nas ostatecznie przekonało, że wystarczy już tych eksperymentów i najlepiej zamieszkać samemu. Dlatego, każdy, kto wpadnie na podobny pomysł i przetrwa kilku lokatorów stanie się naszym cichym bohaterem. Z naszej strony mogę powiedzieć tylko jedno — kto spróbuje ten nudzić się nie będzie.

Leo
Foty z Googla.

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Szkoła po holendersku

Czyli o tym dlaczego nasze dzieci nas nienawidzą za przyjazd do Holandii


      Moje dziecko po raz kolejny zaczyna serie testów CITO. Biedaczysko będzie sraczkować przez najbliższy miesiąc codziennie pisząc kolejne testy i sprawdziany. Młody na szczęście odziedziczył inteligencję po matce, więc o wyniki nie trzeba się szczególnie martwić, ale i tak strasznie mi go żal. Zwłaszcza że nie do końca wiem z czego on musi pisać te wszystkie egzaminy, skoro nic tu się prawie nie uczą.

      No ale po kolei. Na początek przybliżmy trochę samą strukturę holenderskiej szkoły podstawowej. Placówki mogą być publiczne i niepubliczne. Te niepubliczne nie są neutralne światopoglądowo, czyli na przykład bywają katolickie, protestanckie, muzułmańskie czy Montessori, a nawet takie na wolnym wybiegu, co to dzieciaki cały dzień spędzają na świeżym powietrzu (trochę jak kury, żeby niosły lepsze jajka). Wszystkie na szczęście są finansowane z budżetu państwa. Ponieważ społeczeństwo się kompletnie zlaicyzowało, to szkoły protestanckie i katolickie niczym nie różnią się od publicznych. Pozostałe – wiadomo. Rodzice wybierają szkoły bardziej na podstawie opinii niż światopoglądu religijnego czy rejonizacji. Wszystko dlatego, że istnieje nieoficjalny podział na witte i zwarte school (białe i czarne). Nie chodzi oczywiście o kolor fasady, lecz o strukturę narodowościową. Jak się łatwo domyślić czarne szkoły są dla imigrantów i są właściwie po to, żeby dzieciaki mogły odbębnić obowiązek szkolny. Czyli stanowią taką przechowalnię z nauką pisania i może nawet czytania. Rodzice są w stanie wozić dzieciaki nawet kilka kilometrów dalej do lepszych szkół, byle tylko ich pociechy nie utknęły w jednej z takich zwarteschool. W tym roku do klasy Krzysia przeszło czworo dzieci, których rodzice przenieśli właśnie ze względu na złą opinię o ich dotychczasowych podstawówkach.

       Nauka trwa 8 lat (tu grup), tyle że zaczyna się ją w wieku 4-5 lat. Przez pierwsze dwa lata jest to bardziej przedszkole niż faktyczna szkoła. Holendrom jednak odpowiada ten układ, ponieważ szkoły są opłacane przez państwo, natomiast przedszkola już nie. Warto nadmienić, że koszt takiej fanaberii jak przedszkole bywa niemal równy pensji jednego rodzica. Stąd pracująca matka (lub ojciec, bo mamy równouprawnienie) to kwestia w znacznej mierze wyboru niż normy społecznej. Załóżmy jednak, że przetrwaliśmy okres przedszkolny i lądujemy w szkole. My jesteśmy cwani, bo przetrwaliśmy go w Polsce (240 zł miesięcznie) i w Niemczech (na koszt Landu Nadrenii i Palatynatu). Tu zaczynają się schody, bo szkoła w Holandii ciągle ma wolne albo strajkuje. Dzieciaki stale mają jakieś wakacje (letnie, jesienne, świąteczne, majowe) albo długie weekendy. Czasami mam wrażenie, że młody częściej ma wolne niż jakieś zajęcia. Na szczęście mamy PlayStation i stałe łączę, więc kwestia niani nie jest już dłużej dyskutowana.


      Załóżmy jednak, że młody jest w szkole. Ciężko powiedzieć, żeby się przepracowywał i czegokolwiek uczył poza to co wie już od dawna. Zakres szerzonej tam edukacji jest raczej ubogi. Nauczyciele uczą ich jednak czegoś innego. Tłumaczą, jak i gdzie zdobyć potrzebną wiedzę. Jest to metoda, która sprawdza się o wiele lepiej niż polskie szkolnictwo. Jest nadzieja, że po zakończeniu nauki, dziecko może nie będzie erudytą, ale na pewno będzie lepiej przystosowane do życia w społeczeństwie. Czyli jest to klasyczna metoda dawania wędki zamiast ryby. Jak wszystko ma swoje plusy i minusy. Dzieciaki robią prezentacje o książkach, opowiadają o swoich hobby, uczą się oszczędnie gospodarować pieniędzmi i wiedzą co to jest seks i jak się go robi. Ja z podstawówki wyniosłem wiedzę jak się rozmnażają rośliny nagonasienne, ale już niekoniecznie ludzie. Wydaje mi się, że idzie to więc w dobrym kierunku. Jako przykład podam sytuacje z naszego podwórka. Kilka tygodni temu dziecko zadało mi pytanie co myślę o golu Ronaldo strzelonym przewrotką i czy Arsen Wenger wreszcie opuści Arsenal. Szybko skonfundowałem, że przecież moje dziecko chyba nigdy w życiu nie wysiedziało na żadnym meczu, skąd więc nagle taka wiedza merytoryczna. Okazało się, że tureckie dzieciaki (czyli prawie wszystkie) ciągle gadają o piłce nożnej. Dlatego Krzyś, aby mieć o czym z nimi gadać, zaczął oglądać filmiki na YouTube z relacjami i newsami ze świata footballu. Czyli samo-edukować się. Dla mnie bomba.

      Kolejnym elementem, którym wyraźnie różni się holenderskie podejście to kwestia zadań domowych, a raczej ich braku. Dzieciaki nie mają też zeszytów ani książek. Materiały są kserowane na bieżąco. Jeżeli już muszą coś zrobić w domu to zwykle jest to zadanie on line. Dzieciaki się logują na odpowiednie strony i robią zadania. Wynik od razu się pokazuje dzieciom i nauczycielowi. Oczywiście o ile tylko uda się młodemu zalogować na serwer. Te zwykle nie działają. Muszą też przygotować prezentacje w PowerPoint i przedstawić ją na forum klasy. Ocena w dużej mierze zależy od tego, czy uda się zainteresować klasę, czy nie. Dzieciaki powinny też uczęszczać na sport lub inne zajęcia pozalekcyjne. Raz w roku dzieciaki dostają listę aktywności, którą można robić w najbliższej okolicy. Mogą zapisać się na kilka próbnych zwykle darmowych lekcji. Decyzję o dalszym uczęszczaniu można podjąć po kilku razach.

      Są jednak i minusy tutejszej edukacji. Najistotniejszym jest skomplikowana struktura szkół ponad podstawowych. Jest ich tyle rodzajów, że ciężko jest się połapać we wszystkich. Powiedzmy, że jakieś 60 procent dzieci udaje się do szkół zawodowych (te mogą być zwykłe, trochę lepsze, lepsze od tych trochę lepszych, i takie najlepsze z tych lepszych) i nie jest powód do wstydu. Część dzieci może się udać na edukacje powszechnie predysponującą do edukacji wyższej do poziomu licencjata (jakkolwiek to brzmi), wreszcie jakieś 10 proc idzie natomiast do szkół quasi naukowych, czyli takich, które powinny umożliwić dalszą naukę na Uniwersytecie (te też się dzielą na Gimnazjum – najlepsze, Technazjum — mniejlepsze, Ateneum — takie bez szału). Oczywiście w późniejszym okresie jest możliwość przeskakiwania między poziomami (bo zwykle wszystkie te poziomy są w tych samych szkołach tylko różnych klasach). Nie zaraz, że segregacja nie, nie. Jednak wiadomo jak to bywa, gdy dziecko ma już swoich kolegów itd. Wychodzi więc na to, że wybór szkoły na poziomie podstawowym ma spore znaczenie na przyszłość dziecka. Trochę to bez sensu, gdy o wszystkim decyduje nasza dyspozycja w wieku 11-12 lat.

      No i tu dochodzimy do tych cholernych testów. Ponieważ decyzja o wyborze szkoły jest podejmowana na podstawie pewnych ogólnych testów CITO (zwanych cheetosami), które co pół roku są przeprowadzane we wszystkich klasach wszystkich podstawówek. Testy mają szeroki zakres. Sprawdzane są umiejętności pisania, czytania ze zrozumieniem, matematyki, historii, przyrody itd. To ten okres w życiu dzieciaków, gdy mają najbardziej przejebane. Przez dobry miesiąc piszą codziennie różne testy. I tak średnio co pół roku. Trochę jak taka sesja na studiach, tyle że bez możliwości poprawek. Następnie na podstawie wyników, są przygotowywane raporty, by wychwycić tendencje w rozwoju ucznia. Do niedawna wyniki egzaminów decydowały o dalszej ścieżce edukacji. Teraz istotna staje się też opinią nauczycieli o dzieciach. Raport sporządzany przez wychowawcę decyduje o karierze dziecka. Dlatego lepiej nie konfliktować się z wychowawcą, bo może to się odbić na dziecku. Niby jest to obiektywne, ale każdy pamięta swoich nauczycieli sam wie jak to z tym bywa.Najważniejsze są wyniki testów z grupy siódmej i ósmej, choć na przykład nabór do szkół średnich odbywa się w marcu a testy w maju. Czyli dziecko je piszę wiedząc do jakiej szkoły pójdzie. Czyli jest to ogólnie rzecz biorąc absurd, choć dobry wynik może przesądzić o przesunięciu do lepszej klasy.

      CITO ma jednak jedną zaletę. Dzieciaki są chcąc nie chcąc bardziej przygotowane psychicznie na kolejne egzaminy. Pisząc je co pół roku, są bardziej odporne na związany z nimi stres, niż gdy odbywa się tylko jeden egzamin końcowy. Ma to znaczenie, bo niedyspozycje jednego dnia może im zamknąć drogę kariery. Tu muszą się wykazać regularną dyspozycją lub niedyspozycją. Niemniej jednak nie zazdroszczę młodemu stresu i nerwów. Na samopocieszenie dodam, że w naszym przypadku stres dotyczy tylko, czy Krzyś zdobędzie 100 procent punktów, czy tylko 98. Innym rodzicom powiem, też na pocieszenie, że polskie dzieciaki wypadają na tych testach bardzo dobrze. A błędy wynikają bardziej z problemów językowych niż braku umiejętności. Nauczyciele o tym wiedzą i na pewno uwzględnią to w raportach końcowych.
Do boju dzieciaki

Leo 
foty z Googla.

piątek, 25 września 2015

Nie taki Arab straszny jak go u nas malują.

   Od kilku tygodni, cała Polska drży z obawy przed zalewem imigrantów z Syrii. Ilości Hejtu wylewanej na tych strasznych uchodźców, którzy pragną zabrać nasze domy, wygryźć nas z pracy i co najgorsze jawnie spacerować po naszych ulicach, sięgają zenitu. Wszyscy się wypowiadają, bo jak wiadomo — Polak zna się na wszystkim i nie jedno już widział. Mam pytanie, czy ktoś z tych plujących jadem obrońców chrześcijaństwa (religia pokoju i współczucia) zna jakiegoś Syryjczyka? Tak się składa, że chodziłem na kurs językowy z uciekinierami z Syrii. Zaprzyjaźniłem się nawet z jedną rodziną. Kilka dni temu zaprosili nas do siebie na śniadanie. Było bardzo miło, nikt nas nie nawracał, nie otruł, nie widziałem też bomb domowej roboty w szafce pod telewizorem. Zamiast tego widziałem rodzinę, która zostawiła wszystko w bombardowanym mieście I uciekła przed wojną do Europy. Co więcej, syryjska kuchnia jest przepyszna.



Malek mieszkał w Damaszku z żoną i trójką dzieci. Pracował w sporej firmie menadżerskiej, jak sam mówi — wyciągał na rękę ok. 2 tys. euro. To pieniądze, za które w Syrii całkiem nieźle się żyło. Nigdy nie planował wyjeżdżać, dom, samochód, wakacje w Dubaju, normalne życie, w normalnym kraju. Pewnego dnia poszedł do pracy, ale w miejscu budynku był tylko lej w ziemi. Życie, które kochał, się skończyło. Nie opowiadał się za Asadem ani za rebeliantami, w ogóle nie opowiadał się za niczym. Po kilku miesiącach koczowania w domu, gdy ani reżim, ani jego przeciwnicy nie osiągali żadnej przewagi. Postanowił, że woli ratować rodzinę na własną rękę. Spieniężył wszystko, co miał. Przedostał się najpierw do Turcji. Potem autobusem dojechał na wybrzeże. Trafił do motorówki, która przepłynęła do Grecji. Za wszystko był oczywiście srogo liczony. Wszystko miało swoją stawkę. Gdy ogląda teraz telewizje, to jego podróż wydaje mu się jak wycieczka z siedmiogwiazdkowego biura podróży. Droga, ale względnie bezpieczna. W Grecji kupił dowód osobisty. Nie zgadniecie od obywatela jakiego kraju. Właśnie... legitymując się chwilowym obywatelstwem RP, kupił bilet lotniczy i przeleciał z Aten do Eindhoven. Tak... umiał kupić bilet przez internet. Bo może trudno w to uwierzyć, w Syrii też mają linie lotnicze, telefony komórkowe i hotele pięciogwiazdkowe. No, a przynajmniej jeszcze niedawno mieli. Jedyne czego Malek nie umiał to wymówić swojego tymczasowego nazwiska. Zapamiętał tylko, że na imie ma Zygmunt (choć wymowa zdradzała bardziej, że nazywa się Sigmut). Dowodu, już nie ma. Zgodnie z umową, zaraz po wylądowaniu złamał go na pół i wyrzucił. Holendrzy szybko nadali mu status uchodźcy i pomogli sprowadzić rodzinę z Turcji. Dostali domek w niewielkim miasteczku koło Eindhoven, kurs językowy i kieszonkowe.


     Nie obyło się bez pewnych trudności. Holenderscy urzędnicy byli bardzo zaskoczeni, że Malek nie dość, że wie jak wygląda laptop, to jeszcze potrafi go obsługiwać. Pytali go też, czy umie jeździć samochodem. Na wszelki wypadek odpowiedział, że w Syrii na uniwersytet jeździł konno a czasem na mule. Po przetłumaczeniu dokumentów, ku pewnemu zaskoczeniu okazało się, że o dziwo Malek ma prawo jazdy. W ogóle Malek był dość zaskakujący, bo płynnie mówi po angielsku i nie przystawał do stereotypu araba. Jego żona Gurup też na studiach ekonomicznych nauczyła się mówić w obcych językach. Dziwne. Malek stara się nauczyć, żyć od nowa. Wie, że mimo studiów i zawodowych osiągnięć ciąży na nim piętno sprzedawcy arbuzów. Trochę to smutne, ale Holendrzy widzą go tylko w ten sposób. Zaczął nawet pracę jako dostawca jedzenia w restauracji. Jak sam mówi, traktuje to bardziej hobbystycznie, bo ile zarobi, tyle jest mu odciągane z zapomogi, którą dostaje od rządu jego królewskiej mości. Ale i tak woli pracować. Dzieciaki chodzą do tej samej szkoły, w której zaczynał Krzyś. O swoim państwie opowiada z nutką goryczy — wie, że raczej nie uda mu się tam już wrócić.

    U Malka poznaliśmy też drugą rodzinę z Syrii. Przyszli (sic!!!!) do nich dwa dni wcześniej prosto z Syrii. Na piechotę, wcale nie znaczy, że taniej. Oni za kilkutygodniowy transfer rodziny z trójką małych dzieci zapłacili różnym przemytnikom 8 tysięcy euro. Zabrali ze sobą jeszcze piętnastoletniego sąsiada. Niestety jego rodziny nie było stać na opłaty dla przemytników. Chłopak jest więc sam. Wszyscy mieszkają tymczasowo u Malka, bo na boga, w obliczu katastrofy trzeba sobie pomagać. Pokazywali swoje zdjęcia z podróży. 39 osób na małym pontonie. Wszyscy się szczerzą do zdjęcia. A co mają robić? Płakać? Tak wszyscy mają smartfony, a co mają mieć przenośny telegraf? A może powinni wysyłać kruki z wiadomością. W naszych mediach mówi się, że uciekinierzy to sami mężczyźni. Nie sądzę, bo mój Syryjczyk przytargał ze sobą żonę i trzy córeczki.

    Uciekinierzy opowiadali też o mafii przemytników. O braku współczucia i wysokich stawkach za wszystko. Przerzuty przez zieloną granicę, posiłki, transport, całość w pełni zorganizowane. Trochę jak auto z salonu, za każda dodatkowa opcja płatna ekstra. Niebezpiecznie? No może trochę. Czy dzieciom jest smutno? Tak, najbardziej dlatego, że w Syrii musieli zostawić psa. Co teraz? No nic, spróbują rozpocząć życie na nowo. Do Polski się nie wybierają, wiedzą, że nie jest to kraj wystarczająco bogaty, by mógł im pomóc. Malek mówi, że poznał już kilku Polaków w Holandii. Bardzo mili ludzie, pomagają mu, wspierają, dodają otuchy. Z początku nieufni, nawet trochę wrodzy, jednak gdy się do niego przekonali, okazali się bardzo sympatyczni. Polacy to dobrzy ludzie, wierzę w to – mówi Malek.


P.S. Boimy się tego czego nie znamy, ale trzeba czasem okazać trochę serca.

środa, 7 stycznia 2015

Polskie żarty





   Jako typowi emigranci zarobkowi (przy czym z tym zarabianiem to u mnie jest różnie), nie wyobrażamy sobie świąt nigdzie indziej, jak tylko w Polsce. Dlatego tak samo jak pozostałe dwa miliony Polaków, zjechaliśmy (tak się to nazywa za granicą) do kraju.  Dlaczego?  Bo my Polacy już tak mamy. Gdy jesteśmy daleko, Polska mieni nam się krajem mlekiem i miodem płynącym, wszędzie widzimy tylko „szklane domy”, zachwycamy się nowymi remontami dróg, podziwiamy wzniesione gmachy użyteczności publicznej zbudowane za unijne dotacje, generalnie piejemy z zachwytu nad wszystkim co polskie, swojskie i głęboko patriotyczne. Pobyt, zaś przypomina niekończącą się prywatkę. Chadza się od domu do domu, znajomych odwiedza. Tu ktoś flaszkę postawi, tam ktoś obiadem poczęstuje. Wszyscy chętnie słuchają o obcych krajach. To opowiadamy farmazony, jak to wspaniale na tej obczyźnie się żyje. Ile to metrów swojego trawnika trzeba co tydzień kosić i o ile jachty podrożały. Chwalimy się jakie to możliwości przed nami stoją, jaka ta służba zdrowia nowoczesna, jakie te podatki wysokie płacimy. Szerokie perspektywy krajanom nakreślamy, ale konkretów pozbawiamy, bo by ktoś jeszcze przyjechać chciał i naszego dobrobytu zakosztować próbował.

   Ale z tym dobrobytem to z reguły nie do końca tak jest. Mimo naszych emigranckich opowieści, rzeczywistość bywa mocna rozczarowująca. Wiarygodność opowieści zobrazujmy popularnym w Holandii dowcipem o Polakach. „Ponoć wczoraj gazecie pisali, że katastrofa była i dwudziestu Polaków zginęło. Ale jak to zginęło pyta ktoś? No bo tym Polakom łóżko piętrowe się zawaliło. W Holandii ostrzegają też aby uważać na polskich cyklistów. „Uważaj, nie potrąć przypadkiem tego rowerzysty, bo to może być twój rower”. Jak za pewne  wiecie w Europie się ciągle z nas śmieją. Często niestety słusznie. Że tylko my jesteśmy gotowi tak ciężko pracować jak matołki i bez zastanowienia łapać każdą nadarzającą okazję na kilka euro. O tym też znalazłem dowcip. „Dwóch polskich robotników czyści okna kamienicy w Holandii. Jeden z nich patrzy do środka i widzi Holendra, który właśnie zadawala oralnie swoją żonę. Polak woła drugiego Polaka i pyta: „Czy to nie jest obrzydliwe?” Na co drugi Polak odpowiada: „Myślę, że nie, inaczej to nam kazaliby to robić”.


    Ale my polscy emigranci tych dowcipów nie lubimy. No bo jak to, „My” przedmurze chrześcijaństwa, „My” zwycięzcy nad nazizmem, „My” grabarze komunizmu, w końcu „My” brązowi (albo srebrni) prawie triumfatorzy mundialu z 74 roku. My wolimy opowiadać takie.  Wiesz jak szybko się wzbogacić? Kup Holendra za tyle, ile jest wart i sprzedaj go od razu za tyle, ile on myśli, że jest wart”. A jak mamy dobry dzień to opowiadamy tak  „-Dlaczego Jezus nie urodził się w Holandii? - Nie udało się znaleźć trzech mędrców.” Jest jeszcze jeden o holendrach. „Dlaczego Holendrzy chcą być pochowani tak, żeby ich dupa wystawała z ziemi? Dzięki temu mogą jeszcze służyć jako stojak na rowery.”
   Lecz święta szybko się kończą. I tak po prawie dwóch tygodniach pobytu w kraju ojców, naszych ochów i achów ruszamy z powrotem do mioteł, młotków, magazynów, czy czym tam kto się na obczyźnie zajmuje. Chowamy krawat od cioci i lakierki od wujka, zamiast tego spodnie z drelichu i bluza z kapturem. Jedziemy by znów walczyć o lepszy byt na obczyźnie. Ruszamy z powrotem.
Na ten czas, dwa miliony rodaków, znów zasiada do swoich zachodnich kombiaków i rusza w trasę. Oczywiście tak samo jak reszta, staliśmy godzinę na bramkach na A4, tankowaliśmy na ostatnim BP przed granicą i wieźliśmy poł samochodu frykasów z Biedronki. Wokół nas lud polski w wozach międzynarodowych. Patrząc na rejestracje, ciężko aż uwierzyć, skąd ludzie gnają. Na autostradzie numery norweskie, brytyjskie, holenderskie a nawet francuskie. Mijali nas „Belgowie”, „Szwedzi” i „Niemcy”. I tylko po mordeczkach widać, że żadni z nich Europejczycy tylko nasi wyrobnicy. Nie bez powodu mówią na nas meksykanie Europy. Głowy wygolone, gęby nalane, nosy kartoflane. Na fotelach obok, piękne żony, z tyłu z reguły dwójka dzieciaków, czasem ktoś nawet psa wiezie. Resztę taboru stanowią dobra wszelakie, w kraju dostępne, nieodmiennie w siatki foliowe popakowane. Kwiat polskiej młodzieży wyjeżdża za chlebem.  
 Leo

 Foty z Googla