wtorek, 19 lipca 2016

O holenderskich wynalazkach




Holendrzy w swojej kreatywności nie mają sobie równych. Wprowadzając do użytku codziennego swoje koncepcji potrafią zadziwić niejeden naród a czasem nawet samych siebie. W ten sposób wypracowali u siebie wiele wynalazków, które nikomu na świecie nie przyszłyby do głowy (bo i po co).

Poldery


Holendrzy są prawdopodobnie jedynym narodem na świecie, który potrafi zwiększać swoje terytorium, nie robiąc tego kosztem sąsiadów. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że ich sąsiadem są Niemcy, a oni, jak wiadomo, lubią stosować politykę zgoła odmienną. Dlatego pomarańczowi wydzierają tereny morzu. Nie zastanawialiście się czasem — skąd się wzięła nazwa Morze Północne. Otóż kilkaset lat temu było sobie również Morze Południowe, ale Holendrzy postanowili je zasypać, Dziś Zamiast morza mamy cały region Niderlandów, płaskich jak stół i leżących poniżej poziomu morza (Północnego). Można? Można! Obecnie ocenia się, że 2/5 terytorium Holandii to sztucznie stworzone poldery. Stąd też osławione wiatraki w Holandii, które były niczym innym jak przepompowniami wody, które służyły do osuszania terenów. Trzeba przyznać, że stosowano długoterminową politykę terytorialną. Osuszanie takich ogromnych przestrzeni zajmowało kilka dobrych dekad, więc ci, którzy podejmowali takie decyzje, wiedzieli, że owoce swojej ciężkiej pracy zrywać będą najwcześniej ich wnuki.




Automaty w ścianie


Nim na stałe zagościły u nas kebaby i inne fast foody, W Holandii stosowaną inną metodę zaspakajania nocnego głodu. Na ulicach miast stały wmontowane w ściany budynków automaty serwujące gorące krokiety. Wyglądają jak szklane szafki z małymi półeczkami i szufladkami, przez które możesz zajrzeć do środka i zdecydować którego krokieta czy też frykadele masz ochotę spałaszować (zasadniczo wszystko jedno, bo wszystkie są wyjątkowo paskudne). Następnie wrzucamy monetę i otwieramy okienko, aby wyjąć podgrzane danie. Szybko i bezosobowo. Warto zaznaczyć, że holenderskie krokiety nie przypominają tych polskich. U nich to forma zmiksowanego półpłynnego farszu w panierce, opiekanego w gorącym tłuszczu. Smakuje to tylko holendrom. Jednak każdy powinien choć raz spróbować.

Grill Stołowy


Czy znacie jakieś holenderskie danie? Pewnie nie, bo nie ma czegoś takiego jak kuchnia holenderska. To, co jedzą na wielkiej depresji, nie jest jedzeniem, jest pożywieniem albo paszą. Ogólnie rzecz biorąc, wszystko co tu przyrządzają do jedzenia, składa się z gotowych półproduktów. Byle przygotowanie potraw nie trwało dłużej niż 15 minut. W końcu czas to pieniądz, a pomarańczowi nie lubią wydawać swoich pieniędzy. Mają jednak pewien wynalazek, który fajnie aranżuje kwestię obiadową. To mały grill elektryczny albo forma gorącej płyty, który stawiasz na stole i opiekasz sobie różne produkty we własnym zakresie podczas biesiady. Każdy opiekuje się swoim jedzeniem według swoich upodobań. Grill jest mały, poręczny i łatwy w obsłudze. Po wszystkim wyciągasz grzałkę i myjesz go jak zwykłe naczynia. Wielkim plusem takiego rozwiązania, jest to, że nikt nie jest uwiązany w kuchni, lecz wszyscy mogą siedzieć równocześnie przy stole.

Nóż do sera Gouda



Można śmiało założyć, że kupując jakikolwiek ser żółty w Holandii, będzie to ser Gouda (a raczej Houda; jak wymawiają tutejsi). W markecie można dostać ser krojony, ale prawdziwy koneserzy kupują tylko taki w kawałku. Mamy tu specjalne sklepy branżowe pełne wielkich żółtych owalnych bloków sera, które w zależności od długości leżakowania, nabierają innych walorów smakowych. Mają tu nawet specjalny nóż do sera, który swoim kształtem przypomina łopatkę do nakładania ciasta. Z tym że pośrodku ma szparkę z ostrzem, którym ociera się o ser, krojąc w ten sposób go na plasterki. Faktycznie, gdy już domyślimy się, jak działa to urządzenie, staje się ono bardzo przydatne. W razie czego zawsze nałożysz nim ciasto.

Pisuary uliczne


Nie mylić z potocznym określeniem, grupy aktualnie rządzącej w Polsce. Sikanie w miejscach publicznych to sport narodowy Holendrów. Pomarańczowi, co zrozumiałe lubią, spędzać weekendowe wieczory popijając złoty trunek. Picie piwa (o czym wie każdy, kto stał kiedyś w kolejce do toalety w pubie) powoduje wzmożoną chęć sikania i zwykle nie ogranicza się to do jednorazowej wizyty. Stąd by ulżyć (dosłownie i w przenośni) swoim obywatelom miasta ustawiają uliczne pisuary. Jedne mniej, drugie bardziej odkryte jednak przede wszystkim odgrywające swoją rolę w sytuacjach kryzysowych. Władze wiedzą, że gdy człowiek musi, to musi, więc żeby nie zalewał ulic, koszy na śmieci i murków stawiają mu lepszą alternatywę. Niezbyt to może apetycznie wygląda, ale zawsze to lepsze niż zaszczane nocami ulice.



Leo

Foty z Googla

czwartek, 5 maja 2016

Czesław po Holendersku

Czesław Mówi.


Okazuje się, że nawet do Eindhoven czasem zajeżdżają gwiazdy polskiej estrady. Kilka dni temu zjawił się u nas niejaki "Czesław Śpiewa". Znany artysta (Pan z telewizji jak sam się określa) Czesław Mozil przybył ze swoim koncertem "Solo Act". Choć zdecydowanie koncertem nazwać to ciężko. Było to pewien rodzaj monologu z elementami autobiografii. Coś pomiędzy kabaretem a występem scenicznym. Czasem przeplatany odrobiną muzyki. Choć pan Czesław ograniczał się z reguły do jednej góra dwóch zwrotek i nawet to łączył z żartami.

Czesław, mimo że pod kocykiem autoironii skupiał się na problemie migracji. Sam będąc emigrantem (większość życia spędził w Dani) doskonale rozumie problemy, z jakimi na co dzień borykają się Polacy za granicą. Mr Mozil niemiłosiernie punktował rodaków za brak tolerancji, głupotę i ksenofobię. Sam wspominał, jak w dzieciństwie, obracając się głównie w towarzystwie rodzimej emigracji skupionej wokół polskiego kościoła w Kopenhadze, spotykał się z brakiem zrozumienia wobec innych. Wspomniał, jak odwiedzający jego rodzinny dom rodacy, pomstowali na innych kolorowych imigrantów, gdy tymczasem jego najlepsi koledzy (głównie pochodzenia arabskiego) byli właśnie w pokoju obok.

Czesław opowiadał o kulisach sławy i wszystkimi związanymi z tym problemami. Żalił się na trudności ze zrozumieniem swojej tożsamości na poły polskiej na poły duńskiej. Jak sam zauważył: Jako zdobywca trzech platynowych płyt, Fryderyków i wielu nagród muzycznych był kompletnie anonimowy. Natomiast gdy tylko wziął udział w programach muzycznych jako juror, nagle stał się znany w kraju. Jednak nie dlatego, że miał coś ciekawego do powiedzenia. Ludzie go słuchali dlatego, że mówił z dziwnym akcentem i czasem mylił polskie słowa. (A wy myślicie, że wasze dzieci mieszkające całe życie w Holandii będą inne?).

Zaprzeczał też pogłoskom o swoim rzekomym alkoholizmie, a gdy już to zrobił, kazał sobie przynieść piwo na scenę. (Wiecie jak to jest! Gdy piję piwo, to mówią, że mam problemy z używkami. Gdy jednak pije wodę, to mówią, że pewnie zachlałem i teraz mnie suszy). Pan artysta swoim zachowaniem wywoływał salwy śmiechu. To trzeba mu przyznać, Czesław ma kontakt z publiką. Przez Swoje językowe wygibasy (w przeciwieństwie do śpiewania) potrafi utrzymać ludzi w dobrym nastroju. (Czesław, bo ty tak pięknie recytujesz, zamiast śpiewać — powiedziała mu pani profesor na egzaminie w szkole muzycznej). On nie mogąc wiele na to poradzić, pogodził się z tym faktem i śpiewanie zostawił na wersję z playbacku. Zresztą nie krył się z tym, dokładnie informując publiczność, kiedy włącza nagranie. Zwrócił się nawet z prośbą, żeby nie mieć mu za złe, gdy ustami nie nadąża za tekstem.

Leo

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Polska Wioska

Polska wioska Holandia
    Słyszałem kiedyś o pewnej polskiej hrabiance, która na skutek ciężkich kolei losów, wylądowała w końcu na chicagowskim Jackowie. Mimo że w Ameryce spędziła większość swojego życia, nigdy nie nauczyła się ani jednego słowa po angielsku. Argumentowała to, że nie będzie gadać z tą całą hołotą w ich języku, bo nie widzi takiej potrzeby. Podobne podejście mają niestety nasi rodacy w Holandii, którzy bynajmniej nie pochodzą ze specjalnie arystokratycznych rodów. Zamiast szlacheckiego Hotelu Lambert tworzą raczej lokalny Grójec. Dominującym językiem jest tu polski przeplatany w co drugim słowie wyrazem a jakże — kurwa.



     Polska inwencja, która się przejawia tym, by zrobić wszystko, aby się języka holenderskiego nie nauczyć, jest wręcz niesamowita. Mieszkając na zachodnich nizinach w kilka miesięcy, można sobie zorganizować życie w taki sposób, by nie musieć używać ani jednego słowa w języku lokalsów. Gościnni Holendrzy i tak wychodzą z założenia, że ich język jest nikomu do niczego niepotrzebny i swobodnie komunikują się po angielsku, niemiecku i francusku. Niestety polski jest poza ich zasięgiem. Co prawda moi holenderscy współpracownicy znają kilka istotnych polskich wyrażeń jak: liż mi jaja albo jebać stare baby i moje ulubione — Do domu? Nie ma kurwa do domu. :) to jednak jest zbyt ubogie słownictwo, aby porozmawiać o na przykład o operze albo fińskim teatrze muzycznym.

     Krajanie znad Wisły byli co prawda początkowo wysyłani na koszt lokalnego podatnika na kursy integracyjne i językowe. Nasi w przerażającej większości traktowali te kursy jak dziewiętnastowieczną rusyfikację i z wielkim zapałem robili wszystko by się niczego nie nauczyć. Opór był tak silny, że pragmatyczni Holendrzy dali sobie wreszcie spokój. Sami przyswoili kilka komend (sibko, kurwa sibko), by móc się porozumieć ze swoimi pracownikami. Bo to trzeba oddać naszym rodakom, że solidnością I szybkością pracy, kompletnie przykryli czapką tutejszych (również tych o innych kolorach) pracowników. Możecie być praktycznie pewni, że wszędzie gdzie tylko nie trzeba rozmawiać z klientem, wszyscy fizyczni są Polakami. W niektórych firmach wszystkie formalności kadrowe załatwiane są po naszemu, bo inaczej nie byłoby komu przyjść do roboty.

       Jednak praca to praca, a życie to życie. O ile w robocie można często robić za niemowę, to jednak w codziennym życiu trzeba czasem coś załatwić oralnie. Okazuje się jednak, że nasi również z tym sobie poradzili. Możecie być pewni, że cokolwiek przyjdzie wam załatwić, możecie to zrobić z naszym rodakiem. W takim Eindhoven, gdzie żyje kilka tysięcy miłośników ogórków kiszonych, wszystko załatwisz po naszemu. Fryzjerka – nie ma problemu, jest polka. Księgowa – również. Specjaliści, mechanicy, muzycy, fotografowie — wszystko, czego potrzebujesz. Ostatnio zameldowali się nawet lekarze. W każdy weekend przyjmuje kilku polskich internistów. Jak więc widzicie nawet diagnozę mamy po polsku. W niektórych branżach jest wręcz mordercza konkurencja. Remonty, okna, meble — tam jest do wyboru do koloru. Potrzebujesz porady psychologicznej, a może profesjonalnego wedding plannera, czy też dietetyka. Możesz zamówić portret albo tort urodzinowy, strzelić sobie tatuaż, a jak nie masz czasu, to znajdzie się ktoś, kto zmajstruje za ciebie skręty z tytoniu. Jest nawet wróżka Magda przewidująca twoją przyszłość w Holandii — porady telefonicznie, mailowo lub osobiście. Moim faworytem jest tzw. „Polak za dyszkę”. Potrzebujesz gdzieś dojechać. Nie ma problemu. Jest gość pod telefonem, po całym Eindhoven zawiezie Cię, gdzie chcesz i kiedy chcesz. Stawka, zawsze 10 euro. Seksualnie też można się zaspokoić nie znając języka. Co najmniej kilka okienek w dzielnicy czerwonych latarni obsługiwanych jest przez niewiasty z Polski.

      A zakupy? No przecież. W samym Eindhoven jest 4-5 polskich sklepów. Jest nawet supermarket. Produkty na bieżąco przysyłane z Polski. Co więcej, w dużych holenderskich marketach jest zawsze kącik z produktami znad Wisły. To samo tyczy produktów zgoła niespożywczych. Opony? Jest oponeo.nl, wyjazd zagraniczny? Proszę bardzo – wycieczki.nl. Można by tak długo wymieniać.
Lokalni rodzimi biznesmeni, kręcący lody na swych ziomkach nie dostrzegają tylko jednego. My stanowimy w Holandii zaledwie 1-2 proc. Gdyby rozszerzyć swoją ofertę o lokalsów, to dopiero można by robić interesy. Mówiąc kilka słów po holendersku, można tu przeżyć całe życie w polskiej wiosce. Zastanawiające jest, o ile to życie byłoby pełniejsze, gdybyśmy się nie ograniczali jedynie do nas samych. Może to jest ciekawa nisza. Skoro nie my holenderskiego nie możemy przyswoić, to może Holendrzy jednak nauczyliby się polskiego. Na pewno jest kilku Polaków, którzy nauczą ich gadać po polsku. Tylko sibko kurwa sibko!
Leo

środa, 13 stycznia 2016

Lekarze po Holendersku

Lubicie narzekać na polską służbę zdrowia?
To zobaczcie, jak to jest w Holandii.
       Kilka dni temu zostaliśmy poinformowani w pracy, że jeden z naszych współpracowników, ciężko zachorował na zakaźną chorobę o kryptonimie TBC. Zgodnie z tym, co wyczytywała z biuletynu medycznego nasza pani Manager, szansa na to, że my też wylądujemy w szpitalu w stanie krytycznym, jest stosunkowo niewielka. I ona jest gotowa podjąć takie ryzyko, a my możemy wrócić grzecznie do pracy. Na odchodnym, dodała jeszcze, że pięć osób, które miały najbliższą styczność z pacjentem zero (nazwiska nie podała, żebyśmy się nie stresowali) zostanie poinformowanych listownie, o wezwaniu na badania sprawdzające, mające wykluczyć roznoszenie się choroby dalej. Wujek Google dopomógł sprawdzić, że ta cała Tuberocoś tam, to choroba znana nam jako gruźlica. Gdzie indziej uznana za chorobę wygaszoną w Holandii pojawiła się ponownie, bo ludzie przestali być szczepieni. Wiadomo — szczepionki drogie są. Badania okresowe też więc, zamiast wysyłać ludzi co roku na badania, wysyła się ich raz na kilka lat. Chopin miałby tu przerąbane.


        Lekarz pierwszego kontaktu, a tylko do takiego wolno nam się udać, przypomina dealera leków. Tzn. ty mu mówisz co Ci potrzeba, a on nie badając Cię, ani nawet nie mierząc ciśnienia, sprawdza w Google co to za lek i Ci go wypisuje, albo nie. Układ idealny, o ile jesteś zdrowy. Badania? Po co? Skoro ty wiesz co Ci jest. Pamiętaj jednak, że przed wizytą trzeba umówić termin, w innym przypadku lekarz nas nie przyjmie. Gorzej jednak, gdy zdarzy nam się rzeczywiście zachorować. Najpierw trzeba zadzwonić do rejestracji. Wygląda to mniej więcej tak — czyli ma pan 40 stopni, gorączki, zawroty głowy? Aha! W takim razie proszę przyjść w przyszły czwartek. Gdy jakimś cudem dożyjemy wizyty i w tym czasie samo nam nie przejdzie, lekarz bez większego zagłębiania się w historię choroby zapisze nam Panadol i odeśle do domu. Może ewentualnie rzucić nazwę jakiejś choroby i zaproponować, abyśmy sobie sprawdzili wszystko w internecie.

         Zabawa zaczyna się, gdy będziemy potrzebowali wizyty u jakiegoś specjalisty. I nie mówię tu o kardiologu, czy neurologu. Nawet gdy chcemy się skonsultować z dermatologiem czy ginekologiem nie możemy tak po prostu pójść do przychodni. Najpierw musimy dostać skierowanie od naszego lekarza pierwszego kontaktu. On jednak sprawdza wpierw czy nasze ubezpieczenie pokrywa wizytę u specjalisty, a jeżeli tak jest, to i tak niejako z urzędu nam odmówi i zapisze Panadol. Zgodnie z zasadą do trzech razy sztuka, będzie nas tak odsyłał, aż w końcu zrobimy mu Rejtana w gabinecie. Wtenczas łaskawie wypisze nam skierowanie. Na kolejnym szczeblu, relacja lekarz pacjent wygląda podobnie. Uwaga, jeżeli dostaniemy już wyznaczony termin (31 marca 2019 7.30 rano), to nie można o nim zapomnieć. Jeżeli z jakiegoś powodów nie pojawimy się (bo nam się zapomniało, wyzdrowieliśmy, albo zdążyliśmy umrzeć), to dostaniemy karę pieniężną. 

 
       To może, choć pogotowie w nagłych przypadkach? Niestety, tu również będzie ciężko o doraźną pomoc. Nie tak dawno kolega złamał nogę. Tradycyjnie wykręcił numer ratunkowy, prosząc o dalszą instrukcję i jak najszybszą pomoc, bo ze względów na nadmierne czucie bólu, obawiał się, że tym razem Panadol może być niewystarczający. Pani dyspozytorka zgodziła się, aby rzeczony jegomość pojawił się na ostrym dyżurze, jednak dopiero za pięć godzin, bo teraz było nazbyt tłocznie. Wskazała mu również, który szpital go przyjmie. Jakby przyszedł na ostry dyżur bez wcześniejszego telefonu, musiałby uiścić 50 euro kary. Oczywiście o karetce nie mogło być mowy, przecież jakoś na rowerze z tą złamaną nogą powinien dać radę. Gdy wreszcie po kilkugodzinnym oczekiwaniu w poczekalni dostał się do chirurga, ten go opieprzył, że przybył tak późno, bo kość zaczęła się już samoczynnie zrastać, a trzeba ją przecież nastawić.



       Dlatego jedyna rada na holenderską służbę zdrowia to nie chorować. Aha tu muszę opisać jeden ważny aspekt. W Holandii każdy musi być ubezpieczony prywatnie. Najtańsze ubezpieczenie to ok. 100 Euro miesięcznie i w ramach tego ubezpieczenia będą zapisywać Ci Panadol i to mniej więcej tyle. Co więcej, istnieje tu coś takiego jak ryzyko własne. Znaczy to, że pomimo odprowadzenia składki za ubezpieczenie, to i tak za wszystko musisz płacić dodatkowo do pięciuset euro. Powyżej tej kwoty wyręczy Cię ubezpieczyciel. Również lekarstwa dostajesz za darmo w aptece. Nie ciesz się, bo co kilka miesięcy przychodzi wyrównanie. To znaczy zbiorczy rachunek, który musisz wyrównać swojemu ubezpieczycielowi za te leki co to je potrzebowałeś. Dla porównania w Niemczech ubezpieczenie było jeszcze droższe, bo z pensji schodziło ok. 10 procent, a drugie tyle dopłacał jeszcze pracodawca. W naszym przypadku 560 euro miesięcznie (pensja ok. 2500). Drogo, ale jakoś tam działało (Niemieccy lekarze preferowali unikanie lekarstw i częste otwieranie okien), w Holandii jest taniej, tyle że nie działa. Dlatego, gdy następnym razem będziecie chcieli narzekać na Polską Służbę Zdrowia, to pomyślcie, że naprawdę może być gorzej. Bo w Polsce jak już doczekasz się na wizytę, to ktoś Ci pomoże a w Holandii to tylko Panadol.
LEO

środa, 11 listopada 2015

Kierowanie na pomarańczowo

Ciężko być holenderskim kierowcą
    Jeździć samochodem w Holandii to prawdziwa udręka. Mimo prawdopodobnie najgęstszej w Europie sieci autostrad, równych jak stół szos i niewielkich odległości, poruszanie się po tym kraju nastarcza wiele problemów. Nawet nie chodzi o to, że mamy tu najdroższe paliwo w na Starym Kontynencie. Nie będę już tu wspominał o podatkach od samochodów, które często przekraczają rzeczywistą wartość pojazdu. Pominę milczeniem holenderski park maszynowy, którego średnia wieku jest starsza nawet od tego jeżdżącego po polskiej Ścianie Wschodniej.


     Najgorsze w tym płaskim kraju są ograniczenia prędkości. Jako osoba skąpa i z natury ostrożna, staram się jeździć zgodnie z przepisami. Jestem świadomy, że mandaty w Zachodniej Europie, znacząco odbiegają poziomem nawet od nowego polskiego taryfikatora wykroczeń drogowych. No ale bez przesady. Stosując starą polską zasadę. Limit prędkości plus 10km/h gratis, plus kolejne 10km/h, bo przecież zdążę wyhamować, plus kolejne 10km/h tolerancji – wychodziłem z założenia, że i tak jeżdżąc rozsądnie, nie rozbiję banku. W końcu od prawie roku podróżowałem polskim autem (krakowskie blachy) po wielkiej depresji i nigdy nikt się o mnie nie upominał. W końcu po prawie roku, ze względu na szacunek do króla i jego wydatków, postanowiliśmy przerejestrować samochód na żółte holenderskie numery. Przyznaje, że w decyzji pomógł nam list od tutejszego urzędu podatkowego, który grzecznie zapytywał, czy aby nie mam takowego pojazdu, za który mógłbym uiszczać drobną opłatę na utrzymanie dróg. Ponieważ, list spowodował, że w razie kontroli, udawanie niepiśmiennego głupa z Europy wschodniej, nie wchodziło już w rachubę, postanowiliśmy się ucywilizować. Krótkie wyliczenia podatku za dotychczasowego Diesla combi, szybko przekonały nas do zmiany środka lokomocji na inny, tańszy w opłatach model. W ten sposób zamiast czerwonego Auta mamy nowsze mniejsze za to zielone.


     I wszystko było pięknie! Cenę kredytu, ubezpieczenia, podatku, paliwa (jakieś dwie średnie krajowe) jakoś wkalkulowaliśmy w budżet. Czego się nie robi dla jego wysokości! Aż po dwóch tygodniach dostaliśmy pierwszy list od miasta Eindhoven. List stwierdzał, że Zielony, jechał za szybko i należy się 33 Euro. I to był szok, bo pomiar prędkości wyniósł 57 km/h na drodze do 50. Jako że błąd pomiarowy wynosił 4km/h, zostało stwierdzone, że wykroczenie było poważne, bo wynosił aż 3 km/h. Przyznaje, że był to pewien szok. Dlatego skierowałem słowa potępienia w kierunku żony. Na co moja połowica czarno na białym, wykazała mi, że tego dnia to ja kierowałem. Temat rozniósłby się po kościach, gdyby nie to, że w następnym tygodniu, przyszedł następny list. Pomyślałem — może to ponaglenie — ale nie, nic podobnego. Tym razem było 70 euro, a limit przekroczony o jakieś 6 km/h. Nie trzeba było czekać długo, a zaraz pojawiły się kolejne kwoty i kolejne ulice, na których stały zainstalowane radary.

    Szybko i boleśnie się przekonaliśmy, że radary są praktycznie na wszystkich ulicach w tym zafajdanym mieście. Limity też są brane z kapelusza. Przez cztery lata jeżdżenia po Niemczech nauczyłem się, że znaki drogowe są stawiane w jakimś celu. I jak stoi napisane 80 na zakręcie, to możesz być pewien, że jadąc 90, to cię z tego zakrętu wyrzuci na pobocze. W Holandii takich zasad nie zauważyłem. Wszędzie jest 50, za miastem 80 (ale i tak są wszędzie dodatkowe ograniczenia). Na autostradach zaś z reguły 120. Są jednak wyjątki. Między Amsterdamem a Utrechtem przez 30 kilometrów jest sześciopasmowa Autostrada, na której nie wolno przekroczyć stu na godzinę. Radary zaś rozstawiono co pięćset metrów. Powiem szczerze, że taka ślimacza jazda po drodze przypominającej lotnisko powoduje sporo frustracji. Czasem jakiś Krezus się wyłamuje i jedzie ze 110, po chwili jednak błysk flesza przypomina wszystkim, że cena przejazdu tego pana właśnie znacząco wzrosła.


    Całe szczęście, że Holendrzy z rzadka wysyłają upomnienia do Polszy, bo pewnie przez ten rok uzbieraliby u mnie na mały odrzutowiec. Pewnie, jakbym wiedział, ile będę musiał się dodatkowo dokładać do budżetu miasta, to pozostałbym przy stary pojeździe igrzecznie udawał idiotę dalej. Niestety za późno. Teraz znowu siedzę i wypatruje listonosza z kolejnym listem od władz miasta. Rozumiem też, dlaczego moi wszyscy sąsiedzi wożą się takim szmelcem. Faktycznie, jeżeli każdy jadąc do sklepu musi doliczyć co najmniej 33 euro (w jedną stronę), to ciężko sobie pozwolić na lepsze i broń boże szybsze auto. To też tłumaczy, dlaczego miłośnicy koloru pomarańczowego tak głośno protestowali przeciwko opłatom za drogi w Niemczech. Po prostu tylko na niemieckim autobahnie holender może wcisnąć czwarty i piąty bieg i mieć odrobinę przyjemności z jazdy.
Dlatego moi drodzy pamiętajcie. Po przekroczeniu granicy w Venlo, noga z gazu. Bo inaczej wizyta w Holandii zostanie wam na długo w pamięci (waszego rachunku bankowego).
Leo
Foty z Googla

piątek, 25 września 2015

Nie taki Arab straszny jak go u nas malują.

   Od kilku tygodni, cała Polska drży z obawy przed zalewem imigrantów z Syrii. Ilości Hejtu wylewanej na tych strasznych uchodźców, którzy pragną zabrać nasze domy, wygryźć nas z pracy i co najgorsze jawnie spacerować po naszych ulicach, sięgają zenitu. Wszyscy się wypowiadają, bo jak wiadomo — Polak zna się na wszystkim i nie jedno już widział. Mam pytanie, czy ktoś z tych plujących jadem obrońców chrześcijaństwa (religia pokoju i współczucia) zna jakiegoś Syryjczyka? Tak się składa, że chodziłem na kurs językowy z uciekinierami z Syrii. Zaprzyjaźniłem się nawet z jedną rodziną. Kilka dni temu zaprosili nas do siebie na śniadanie. Było bardzo miło, nikt nas nie nawracał, nie otruł, nie widziałem też bomb domowej roboty w szafce pod telewizorem. Zamiast tego widziałem rodzinę, która zostawiła wszystko w bombardowanym mieście I uciekła przed wojną do Europy. Co więcej, syryjska kuchnia jest przepyszna.



Malek mieszkał w Damaszku z żoną i trójką dzieci. Pracował w sporej firmie menadżerskiej, jak sam mówi — wyciągał na rękę ok. 2 tys. euro. To pieniądze, za które w Syrii całkiem nieźle się żyło. Nigdy nie planował wyjeżdżać, dom, samochód, wakacje w Dubaju, normalne życie, w normalnym kraju. Pewnego dnia poszedł do pracy, ale w miejscu budynku był tylko lej w ziemi. Życie, które kochał, się skończyło. Nie opowiadał się za Asadem ani za rebeliantami, w ogóle nie opowiadał się za niczym. Po kilku miesiącach koczowania w domu, gdy ani reżim, ani jego przeciwnicy nie osiągali żadnej przewagi. Postanowił, że woli ratować rodzinę na własną rękę. Spieniężył wszystko, co miał. Przedostał się najpierw do Turcji. Potem autobusem dojechał na wybrzeże. Trafił do motorówki, która przepłynęła do Grecji. Za wszystko był oczywiście srogo liczony. Wszystko miało swoją stawkę. Gdy ogląda teraz telewizje, to jego podróż wydaje mu się jak wycieczka z siedmiogwiazdkowego biura podróży. Droga, ale względnie bezpieczna. W Grecji kupił dowód osobisty. Nie zgadniecie od obywatela jakiego kraju. Właśnie... legitymując się chwilowym obywatelstwem RP, kupił bilet lotniczy i przeleciał z Aten do Eindhoven. Tak... umiał kupić bilet przez internet. Bo może trudno w to uwierzyć, w Syrii też mają linie lotnicze, telefony komórkowe i hotele pięciogwiazdkowe. No, a przynajmniej jeszcze niedawno mieli. Jedyne czego Malek nie umiał to wymówić swojego tymczasowego nazwiska. Zapamiętał tylko, że na imie ma Zygmunt (choć wymowa zdradzała bardziej, że nazywa się Sigmut). Dowodu, już nie ma. Zgodnie z umową, zaraz po wylądowaniu złamał go na pół i wyrzucił. Holendrzy szybko nadali mu status uchodźcy i pomogli sprowadzić rodzinę z Turcji. Dostali domek w niewielkim miasteczku koło Eindhoven, kurs językowy i kieszonkowe.


     Nie obyło się bez pewnych trudności. Holenderscy urzędnicy byli bardzo zaskoczeni, że Malek nie dość, że wie jak wygląda laptop, to jeszcze potrafi go obsługiwać. Pytali go też, czy umie jeździć samochodem. Na wszelki wypadek odpowiedział, że w Syrii na uniwersytet jeździł konno a czasem na mule. Po przetłumaczeniu dokumentów, ku pewnemu zaskoczeniu okazało się, że o dziwo Malek ma prawo jazdy. W ogóle Malek był dość zaskakujący, bo płynnie mówi po angielsku i nie przystawał do stereotypu araba. Jego żona Gurup też na studiach ekonomicznych nauczyła się mówić w obcych językach. Dziwne. Malek stara się nauczyć, żyć od nowa. Wie, że mimo studiów i zawodowych osiągnięć ciąży na nim piętno sprzedawcy arbuzów. Trochę to smutne, ale Holendrzy widzą go tylko w ten sposób. Zaczął nawet pracę jako dostawca jedzenia w restauracji. Jak sam mówi, traktuje to bardziej hobbystycznie, bo ile zarobi, tyle jest mu odciągane z zapomogi, którą dostaje od rządu jego królewskiej mości. Ale i tak woli pracować. Dzieciaki chodzą do tej samej szkoły, w której zaczynał Krzyś. O swoim państwie opowiada z nutką goryczy — wie, że raczej nie uda mu się tam już wrócić.

    U Malka poznaliśmy też drugą rodzinę z Syrii. Przyszli (sic!!!!) do nich dwa dni wcześniej prosto z Syrii. Na piechotę, wcale nie znaczy, że taniej. Oni za kilkutygodniowy transfer rodziny z trójką małych dzieci zapłacili różnym przemytnikom 8 tysięcy euro. Zabrali ze sobą jeszcze piętnastoletniego sąsiada. Niestety jego rodziny nie było stać na opłaty dla przemytników. Chłopak jest więc sam. Wszyscy mieszkają tymczasowo u Malka, bo na boga, w obliczu katastrofy trzeba sobie pomagać. Pokazywali swoje zdjęcia z podróży. 39 osób na małym pontonie. Wszyscy się szczerzą do zdjęcia. A co mają robić? Płakać? Tak wszyscy mają smartfony, a co mają mieć przenośny telegraf? A może powinni wysyłać kruki z wiadomością. W naszych mediach mówi się, że uciekinierzy to sami mężczyźni. Nie sądzę, bo mój Syryjczyk przytargał ze sobą żonę i trzy córeczki.

    Uciekinierzy opowiadali też o mafii przemytników. O braku współczucia i wysokich stawkach za wszystko. Przerzuty przez zieloną granicę, posiłki, transport, całość w pełni zorganizowane. Trochę jak auto z salonu, za każda dodatkowa opcja płatna ekstra. Niebezpiecznie? No może trochę. Czy dzieciom jest smutno? Tak, najbardziej dlatego, że w Syrii musieli zostawić psa. Co teraz? No nic, spróbują rozpocząć życie na nowo. Do Polski się nie wybierają, wiedzą, że nie jest to kraj wystarczająco bogaty, by mógł im pomóc. Malek mówi, że poznał już kilku Polaków w Holandii. Bardzo mili ludzie, pomagają mu, wspierają, dodają otuchy. Z początku nieufni, nawet trochę wrodzy, jednak gdy się do niego przekonali, okazali się bardzo sympatyczni. Polacy to dobrzy ludzie, wierzę w to – mówi Malek.


P.S. Boimy się tego czego nie znamy, ale trzeba czasem okazać trochę serca.

czwartek, 3 września 2015

Wózki widłowe w Holandi

Zaszczyt mnie kopnął.

    Kilka dni temu w firmie, której mam przyjemność pracować, zostałem wezwany do biura. Pani kadrowa popatrzyła na mnie spode łba i groźnym tonem spytała mnie czy wiem, po co tam się znalazłem. Wzruszyłem ramionami oraz dopowiedziałem, że obiło mi się o uszy, coś o jakimś szkoleniu, ale jej ton wskazywałby na coś zgoła innego. Pomny złych doświadczeń z poprzedniej firmy, gdzie najpierw mnie pochwalono, a następnie w przeciągu tygodnia zwolniono, postanowiłem grać na zwłokę. Udałem więc wielkie zaskoczenie, mając w pamięci, że tu też mnie ostatnio chwalili. Tak panie Osuchowski, w przyszłym tygodniu zaczyna pan szkolenie na Reach'a. Bardziej stwierdziła, niż spytała mnie. Szkolenie trwa tydzień i odbywa się w Venlo (50 km stąd). W tym czasie nie będzie pan zarabiał, musi pan też dojeżdżać na własną rękę i koszt. Co więcej, jest pan zobowiązany przez rok pozostać wierny naszej firmie. W zamian my panu to szkolenie finansujemy. Wyraziłem moje wielkie uznanie za ogromną hojność mojej firmy. Skomplementowałem kolczyki pani kadrowej, zachwyciłem się ogromem możliwości stawianym przez firmę i spytałem, czy skoro mam podpisać cyrograf na rok, to czy dostanę również pomoc w nadrzędnym dla mnie względzie dofinansowania kursu językowego. Pani prychnęła w moją stronę i powiedziała, że szkolenie jest warte tysiąc euro, a to i tak dwa razy więcej niż mógłbym się po tej firmie spodziewać. Przypomnę tu, że firma ta codziennie wysyła w świat sprzęt warty po kilkaset tysięcy euro.


    Nie należy jednak być pazernym, w końcu takie szkolenie to jakby nie było ważny krok w mojej karierze logistyka na Holenderskiej ziemi. Tu należy wyjaśnić, że Reach Truck to taki wózek widłowy, który sięga na kilka pieter w górę, podnosi towary o ciężarze dwóch ton i wszystko to w piekielnie ciasnych trzewiach hali magazynowej. Trzeba sporej precyzji, wiedzy przestrzennej i nadwyraz silnych mięśni grzbietu (ciągle zadzierasz głowę, patrząc na półki tłoczące się kilka metrów nad tobą), by stać się dobrym reacherem. Poza tym taka maszynka, to typowa zabawka dla dużych chłopców. I każdy z nas na pewno chętnie by się czymś takim pobawił. W rzeczy samej szkolenie było super.

    Oczywiście zaszczyt szkolenia się za cudze pieniądze (a jak już wspominałem kilka razy, Holendrzy nie są skorzy do nadmiernej hojności) to prawdziwa rzadkość. Stąd pełni entuzjazmu stawiliśmy się na spotkanie. Przywitał nas były żołnierz armii holenderskiej, który z niewiadomych dla nas, siebie i armii przyczyn stał się trenerem widłowym. Przyznam tu, że szkolenie miało raczej luźny charakter. Po nudnej części teoretycznej, gdzie dowiedzieliśmy się tak ważkich niuansach, jak to że szesnastolatkowie pod pewnymi warunkami (poznaliśmy te warunki) też mogą mieć uprawnienia na wózki widłowe. Jako że nikt z nas od dawna nie ma szesnastu lat, temat wydał nam się nieco zbędny i przeszliśmy dalej. Na szczęście, naszego wykładowcę również nudziło to całe wykładanie, więc po dwóch godzinach przeszliśmy do działań praktycznych. Najpierw pokazał nam kilka śmiesznych filmików na YouTube, aby pokazać, co da się zrobić tym sprzętem i czego nam oczywiście robić nie wolno. Pomny, że moje popisy też mogą trafić do internetu, zasiadłem do pojazdu o swojskobrzmiącej nazwie Jungheinrich. Po kilku słowach wstępu zaczęliśmy zabawę w wywracanie słupków, zrzucanie palet, spychanie pudełek itp. To niesamowite z jaką lekkością i precyzją, można sterować maszyną ważącą grubo ponad trzy tony. Dostawaliśmy różne zadania z gwiazdką. Na przykład jak przewieźć poziomą czterometrową belkę przez bramę, która się rozsuwa jedynie na dwa metry albo jak kierować pojazdem, kiedy ładunek przesłania nam całą widoczność.



    Musieliśmy też zdać egzaminy testowe. Na szczęście, dla trenera pytania również wydały się dość osobliwe, więc by uniknąć blamażu, rozwiązywał test razem z nami. Również egzamin praktyczny był dość bezbolesny, bowiem nasz trener, był również naszym egzaminatorem. Dla lepszego samopoczucia i zdawalności. Już po dwóch dniach oświadczył nam, że wszystkim nam zaliczy egzamin, bo nas wyjątkowo polubił. No i w sumie przy okazji to też nie najgorzej jeździmy. Po tygodniu przedniej zabawy wróciliśmy do szarej zawodowej rzeczywistości. Jak się można było spodziewać, nikt nam wcale nie zaoferował wózków do jeżdżenia. Wróciliśmy na nasze stare z góry upatrzone pozycje. Jak wiadomo, praktyka czyni cuda, więc na wszelki wypadek przez jakiś czas będziemy robić to, co już od dawna umiemy. A wózki sobie jeżdżą bez nas.



LEO