poniedziałek, 9 września 2019

Przeprowadzka po holendersku



       Dziwny to kraj, w którym okna służą do wnoszenia mebli a drzwi do wietrzenia pokoju. Tym krajem jest oczywiście Holandia, a absurdy tutejszego budownictwa można obserwować na każdym kroku. I nawet nie chodzi o to, że wszystkie domy nie wiedzieć czemu wyglądają identycznie wewnątrz i zewnątrz. W dodatku zwykle są głębsze niż szersze, a przy tym zupełnie niefunkcjonalne. Ale zacznijmy po kolei.

         Mieliśmy niedawno wątpliwą przyjemność przeprowadzania się. W ramach Eindhoven zamieniliśmy rzędowy dom z lat 60-tych na nieco mniejsze mieszkanie w budownictwie z lat 30-tych. Cała przeprowadzka zajęła nam ponad miesiąc. Codziennie po pracy pakowaliśmy pełen samochód naszych klamotów i przewoziliśmy na drugi koniec miasta. Przy okazji okazało się, ze w przeciągu tych pięciu lat w Holandii staliśmy się właścicielami nieprzeliczonej ilości przeróżnych z reguły kompletnie zbędnych przedmiotów. Te na szczęście nie miały jak się zmieścić na nowym mieszkaniu i wylądowały po ludziach lub na wysypisku (pięć pełnych kursów samochodem wypakowanym po dach). Generalnie wyjątkowo męcząca i niewdzięczna praca, której końca nie było widać.

          Wszystko szło sprawnie, bo przecież jak się ma po dwie zdrowe ręce i kawałek mózgu, to co może pójść źle. Do momentu, kiedy zabraliśmy się za przewożenie większych gabarytów. Bo te po prostu nie były w stanie przecisnąć się wąskim i stromym korytarzem prowadzącym do naszego nowego lokum. Po kilku godzinach prób, żłobieniu schodów i rysowaniu ścian oraz demontażu co bardziej wystających elementów mebli stanęliśmy przed prawdą ostateczną. Meble się nie zmieszczą. Trzeba wynająć dźwig i wnieść wszystko przez okno.


   

Zróbmy małą dygresję historyczną. Jak wiadomo, w życiu pewne są tylko dwie rzeczy. Że to życie się kiedyś skończy oraz że nim to nastąpi, to będziemy stale płacić podatki. W Holandii (lubującej się we wszelkiego rodzaju kontrybucjach) zwyczajowo podatek od nieruchomości naliczało się od szerokości frontu domu na ulicy. W efekcie czego im dom jest węższy, tym tańszy w utrzymaniu. Szerokość kompensowano sobie zatrważającą głębokością domu. Mają one to do siebie, że po wejściu do wnętrza, okazuje się, że dom kończy się gdzieś daleko przed nami. Taka konstrukcja powoduje, że praktycznie nie opłaca się zostawiać miejsca na korytarze i klatki schodowe. Dlatego ogranicza się je do granic możliwości. Schody są dużo stromsze i węższe niż gdziekolwiek indziej. Do tego lubią zakręcać niczym w kościelnej wieży. Jak się łatwo domyślić nic się tam nie ma prawa zmieścić, a meble i towary trzeba wkładać przez okna. Spacerując po Amsterdamie, z pewnością zauważyliście, że na frontach starych kamienic, zawsze nad oknami wystaje belka z małym żurawiem. Służył on właśnie do tego, żeby za pomocą lin i haków, móc wnosić do środka meble.


      Nasz nowy dom, niestety nie dysponuje podobnymi średniowiecznymi udogodnieniami i wszystko trzeba wnosić w częściach po schodach. Drugim rozwiązaniem jest wynajęcie specjalnego dźwigu, tudzież pewnego rodzaju platformy, która umożliwi wepchnięcie wszystkiego przez okno. Nie jest to tania sprawa. Bo takie urządzenie kosztuje blisko 150 euro za godzinę. Z czego 20 minut trwa samo ustawienie urządzenia. Co więcej, aby coś wsadzić na taką platformę, trzeba wcześniej unieść to na wysokość dwóch metrów i położyć na dźwigu. Potem gdy operator wciąga platformę do okna, ty musisz sprintem wbiec po schodach do pokoju i wciągnąć te wielkie gabaryty przez okno. Następnie zbiec na dół i czynność powtórzyć. I to wszystko z przeciągu pół godziny, aby nie musieć płacić za rozpoczęcie kolejnej godziny. Nie jest to też taka do końca bezpieczna sprawa. Przekonałem się o tym na własnej skórze, o mało nie spadając przez to okno z pralką, która okazała się nieco cięższa, niż mi się z początku wydawało. Na szczęście czuwał nade mną mój anioł stróż, który wciągnął mnie wraz z ciężarem z powrotem przez okno do środka. (dzięki Wiktor). Muszę przyznać, że bat finansowy spowodował, że cała akcja trwała niecałe 60 minut.


      Efekty widać do teraz. Bo część mebli, która weszła przez okno do dużego pokoju, musiała już w tym pokoju pozostać. Wąskie schody nie pozwoliły przenieść ich gdziekolwiek indziej. Co więcej, zostaną tu już chyba na zawsze, bo nie mam pojęcia, jak je stąd wynieść. Nie wiem, czym się kierował architekt, ale chyba już 100 lat temu przewidział niesamowity sukces mebli z Ikei. Tylko te są w stanie się zmieścić na wyższych piętrach. Brawo Szwedzi, bez was byłyby gołe ściany. Na szczęście Ania ma wspaniałą umiejętność adaptacji przypadkowych mebli w całkiem sensowną tkankę mieszkaniową, dzięki czemu nasze nowe lokum wygląda całkiem fajnie. Co prawda komoda z sypialni robi teraz za stojak pod telewizor, a balkon udaje piwnicę, to jednak mieszkanie zyskało bardzo fajny styl. Ma też dodatkową zaletę, czyli schody przypominające bardziej ścianę do wspinaczki (bez zabezpieczenia), którymi trzeba kursować kilka razy dziennie. Dzięki czemu nasza forma rośnie. Wasza też może wzrosnąć, bo pokój gościnny wymaga 63 stopni trekingu wysokogórskiego, co jak na standardy krajobrazu Holenderskiego jest prawdziwym ewenementem.

Leo

sobota, 8 czerwca 2019

Wieje jak w Holandii

     

      Globalne ocieplenie. Jakie globalne ocieplenie? Seria ostatnich sztormów, jakie przetoczyły się przez terytorium Holandii w wyraźny sposób unaocznia nawet największym sceptykom, że klimat się zmienia i to na gorsze. No niby ci naukowcy o tym ostrzegają od dawna, ale jakoś nikomu to nie przeszkadzało, aż poczuł to na własnej skórze.


      Jak do tej pory, kwestia ekologii w Holandii była traktowana raczej po macoszemu. No bo niby, kraj rozwinięty, ludzie świadomi i edukacja społeczna na wysokim stoi poziomie, a jednak z tą ekologią jest im tu nie po drodze. Wszystko opakowane w plastik, generalny brak segregacji śmieci, przestarzałe dymiące samochody, słowem kompletna eko-stagnacja. Niby od 2025 roku mają zakazać sprzedaży samochodów innych niż elektryczne, ale to chyba tylko wyłącznie, aby wspomóc montownie samochodów Elona Muska zlokalizowaną w Tilburgu. Fakt, że Holendrzy nie palą wciąż po domach węglem, wiąże się jedynie z faktem, że węgla w Holandii po prostu nie ma. Jest za to gaz ziemny i ropa naftowa-jako główne źródło energii. To wszystko powoduje, że w kwestii odnawialnych źródeł energii w UE, Holendrzy są nawet za nami. A przecież są tu wiatry, które potrafią w ciągu jednej nocy połamać dziesiątki tysięcy drzew, ale równocześnie napędzić kilka wiatraków.

     Zaczęło się niewinnie. We wtorkowy wieczór trochę wiało i się chmurzyło, czyli zasadniczo jak codziennie w Holandii. Jednak koło jedenastej za oknem zaczęło się dziać coś dziwnego. Drzewa, które zwykle stoją prosto przed moim domem zaczęły wykonywać dziwne ruchy. W pewnym momencie liściaste korony zaczęły się przechylać do tego stopnia, że czubek drzewa zaczął szorować z hukiem po ulicy. Wielkie kilkudziesięcioletnie akacje (a może lipy) gięły się i łamały jak zapałki. A między tymi drzewami stał oczywiście zaparkowany mój samochód. Wszystko było doskonale widać, bo niebo momentalnie rozświetliły pioruny, które zaczęły walić jeden po drugim, bez jakichkolwiek odstępów czasu.


    Jak typowy ojciec rodziny, postanowiłem ratować to, co w domu najcenniejsze. Żona, dziecko i pies zobaczyli, jak wybiegam w środku największej wichury do samochodu. 30 metrów wystarczyło mi, by być cały mokry. Odpaliłem brykę celem przeparkowania jak najdalej od okolicznych drzew. Znalazłem ustronniejsze miejsce, zgasiłem silnik i utknąłem w środku. Burza była tak intensywna, że nie byłem w stanie wyskoczyć z samochodu. Pioruny uderzały dookoła, a ja próbowałem sobie przypomnieć z lekcji fizyki, jak działa klatka Faradaya, którą miałem nadzieję, stał się mój samochód. Po jakichś trzydziestu minutach obserwowania sztormowego nieba dostrzegłem jakiegoś typa na rowerze, który z niewyjaśnionych przyczyn postanowił sobie jechać Bóg jeden wie dokąd. Skoro on mógł, to ja też mogłem. Zacisnąłem zęby i mimo lejących się z nieba wiader wody i kałuż po kostki przedarłem się z powrotem do domu. W 30 sekund wieczorny prysznic miałem zaliczony.

     Następnego dnia dopiero w drodze do pracy zobaczyłem prawdziwą skalę zniszczeń. Mnóstwo starych przewróconych drzew. Połamane konary, poniszczone latarnie, wywrócone kosze na śmieci, podrapane samochody, fragmenty dachów spadłych na ulice. Generalnie masakra. W mieście, gdzie wszystko wszytko jest czyściutkie i równo poukładane jak od linijki zrobił się chaos. Holandia jest ofiarą swojego sukcesu. Na skutek rabunkowej polityki leśnej w czasach Kompani WschodnioIndyjskiej, praktycznie w całości wycięto lasy pod budowę wszelkiej maści statków i okrętów. W efekcie zalesienie tego skądinąd zielonego państwa wynosi zaledwie 7-8 procent terytorium przy średniej europejskiej oscylującej wokół 30 proc. Można więc śmiało powiedzieć, że większość drzew w Holandii, było sadzonych sztucznie. Dodatnie temperatury zimą, duże nawodnienie i piaszczysta gleba, sprawiają, że drzewa te rosną bardzo szybko wzwyż, nie nadążając ze swoim ukorzenieniem. W efekcie już przy średnich podmuchach wiatru po prostu przewracają się w całości lub łamią na kawałki. Podłoże wydarte morzu, czy zasypane piaskiem bagna i mokradła nie stanowią wystarczającej podstawy, pod wysoki drzewostan.


     Na drugi dzień mimo żółtego alertu meteorologicznego pogoda była naprawdę przyjemna. Ale znów tylko do wieczora. W nocy zaczęła się powtórka z rozrywki. Wiatr, sztorm i burza. Tym razem mądrzejszy o doświadczenie, nie musiałem się martwić o zaparkowany samochód. Uruchomił się za to pies. Który przypominał sobie, że przecież panicznie boi się burzy. Trzy bite godziny siedział mi na kolanach i wył po każdym uderzeniu pioruna. Nadmienię, że to ciężkie bydle, które już kilka burz przeżyło. Tej nocy naukowcy doliczyli się ponoć 72 tysięcy uderzeń piorunów. Nie wiem ile z nich widział Tesla (o ironio imie po naukowcu od wyładowań elektrycznych), ale wył chyba do wszystkich. Do tego prędkość wiatru dochodziła do 130 km na godzinę, czyli szybciej niż wolno jeździć na tutejszych autostradach. Nie muszę chyba tłumaczyć, że następnego ranka sytuacja na ulicach wyglądała jeszcze gorzej. Padły kolejne drzewa, wylały kolejne rzeki, A wszystko, co służby zdążyły uprzątnąć, momentalnie rozniosło się po okolicy.

    Warto tu wspomnieć, że pomimo pozornie bardzo zielonego płaskiego krajobrazu, Holandia to jeden z najbardziej zanieczyszczonych krajów Unii Europejskiej. Z raportu Natuur & Milieu wynika, że Niderlandy zamykają wręcz stawkę 27 krajów. Przemysłowa eksploatacja ziem, brudna energia kopalniana, zabrudzanie wód powierzchniowych i wszechobecne azotany w rolnictwie, mają ogromny wpływ na środowisko. Władze wcale nie robią wiele być coś z tym zrobić. A efekty widać jak na dłoni. Własnie, gdy piszę te słowa, po pięknym dniu zaczyna się kolejna wietrzna noc w Holandii. Meteorolodzy zapowiedzieli pomarańczowy alarm pogodowy. Dziś ma wiać jeszcze mocniej, błyskać jeszcze jaśniej, grzmieć jeszcze głośniej. Zobaczymy. Good night and good luck.
Leo
Foty z Googla

wtorek, 19 lutego 2019

Lokatorzy po holendersku

O wątpliwych zaletach wynajmowania pokoju na strychu.


    Wynajmowaliście kiedyś pokój nieznajomemu? To ciekawa metoda poznawania nowych ludzi i kultur. Bardzo pomaga też sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego na pewnym etapie życia, tak fajnie jest mieszkać samemu. Ale wszystko po kolei.

     Eindhoven od kilku lat przypomina brzydkiego feniksa powstającego z popiołów. Tempo, w jakim rozwija się to miasto, jest oszałamiające. Ilość inwestycji, remontów i przebudów objawia się nie tylko coraz dłuższymi korkami. Gdy przyjechaliśmy tutaj ponad cztery lata temu, na co drugim domu była informacja, że jest na sprzedaż. Czyli był to wyraźny sygnał, że wszyscy uciekali z tego miasta gdzie pieprz rośnie. Ciężko było znaleźć pracę, knajp było mało, a miasto było brzydkie jak skurwysyn. Teraz po kilku latach, wszystko stanęło na głowie. Firmy nie mogą znaleźć pracowników, ludzie nie mogą znaleźć mieszkań, bo wszystko jest już sprzedane, lub wynajęte i tylko brzydko jest tak jak było.

     Korzystając ze sprzyjającej koniunktury mieszkaniowej, postanowiliśmy, że będziemy od czasu do czasu niedrogo wynajmować pokój gościnny celem podreperowania budżetu. Żeby jednak nie zwariować, zdecydowaliśmy, że lokum będziemy wynajmować tylko na okres krótkoterminowy. Będziemy czymś na kształt bidula dla osób, które szukają jakiegoś lokum w Eindhoven i dopóki nie znajdą, to mogą sobie siedzieć z nami i oglądać Netflixa. Idąc na przekór prawicowej fali światowej ksenofobii, postanowiliśmy, że będziemy jebanymi lewakami, którzy pomagają innym: dachem, radą i mądrością. I zaiste to piękne założenie było jednym z najgłupszych pomysłów, na jakie do tej pory wpadliśmy, mieszkając za granicą.


      Na początku trafiły nam się dwie Polki. Jako że z założenia chcieliśmy lewakować z osobami z różnych krajów i kultur, by uczyć się i poznawać co obce i ciekawe. Dlatego zdecydowaliśmy się na dwie dziewczyny z Krakowa. Wiele było radości, wirtualnych spacerów po Rynku i wspólnych wspomnień. I szło to naprawdę dobrze do czasu jak lokatorki odkryły uroki palenia lolków. Najpierw niewinnie — czasami, później częściej, by w końcu nagminnie. Nim się obejrzeliśmy nasz strych wyglądał jak ośrodek Monaru. To nie jest tak, że my mamy coś przeciwko paleniu marychy. W końcu wolność Tomku w swoim domku. Ale jednak jakieś formy kooperacji sąsiedzkiej są potrzebne, a gdy jedna strona jest zbyt odklejona od rzeczywistości, to współpraca robi się nieco jednostronna. Na szczęście dla naszej obecnej znajomości, dziewczyny dość szybko się usamodzielniły.

      Następnie przesunęliśmy się nieco na wschód. Zamieszkała u nas parka Litwinów. On był niespełnionym aktorem po psychologii, a ona chciała iść na uniwersytet. Prawdopodobnie chodziło jej o Hogwart, ale nie sprecyzowała tego dokładnie. Dlatego na początek wylądowali w fabryce przewodów scalonych. Współprzebywanie odbywało się dość znośnie, do czasu, gdy przyszło do tematu przeprowadzki. Z założenia nasza baza noclegowa miała być tylko tymczasowym rozwiązaniem na miesiąc lub dwa, czyli do czasu znalezienia własnego lokum. Potomkowie Mendoga. Co miesiąc grali twardo, że będą się od nas wyprowadzać, jednak ilekroć dochodziło do terminu pożegnania, nasi Litwini milkli i zamykali się w pokoju (wracali z wycieczki). By w ostatnim dniu umowy najmu, łamiącym głosem stwierdzić, że nic z tego i zostaną u nas dłużej. Nie wiedzieć czemu, wszystkie swoje niepowodzenia mieszkaniowe, skłaniały ich do przekonania, że to wszystko nasza polska wina. W końcu po kilku próbach znaleźli swoje mieszkanko. Wtedy powiedzieli nam, że ostatecznie nie było u nas tak źle i w ramach rewanżu zapraszają do siebie na kurtuazyjną wizytę. Wyślą nam zaproszenie. Kiedy? Nie wiem, bo minęło pół roku i ciągle czekamy.


     Skoro nie poszło nam dobrze na wschodzie to może lepiej na Zachód. Kolejnym lokatorem był stuprocentowy Bawarczyk. Ponoć kiedyś trzymało się żyda w piwnicy, my natomiast mieliśmy Niemca na strychu. Chłopak uosabiał w sobie wiele stereotypowych cech aryjskich. Był dwumetrowym blondynem o kwadratowej szczęce, niebieskich oczach i twarzy nieskażonej myśleniem. Świetnie zorganizowany, wysportowany, zaradny okazał się niestety wyjątkowym matołem. Mimo że miał robić staż informatyczny w Boschu, przerastała go obsługa pralki, czy zmywarki, choć obie miały instrukcje po niemiecku. Widzieliśmy też postępujący regres dobrych i zdrowych zachowań, które wyniósł z domu w kierunku leniwego lesera. W ciągu kilku tygodni, jego zbilansowana warzywna dieta przemieniła się w paszę typowego nastolatka lubującego się w najgorszym typie śmieciowego żarcia. Szybko okazało się, że sześć par butów do biegania, które przywiózł ze sobą w walizce i potem rozstawiał po całym domu, było tylko na pokaz. Miał jeszcze jedną cechę, która doprowadzała nas do szału. Chłopak potrafił godzinami oblegać jedyną w domu toaletę. Nie było w tym nic nadzwyczajnego zważywszy na jego nową dietę. Jednak pierwszy raz w życiu widziałem kogoś, kto w połowie jedzenia obiadu idzie się wysrać, aby po kilku minutach, jak gdyby nigdy nic wrócić do jedzenia. Na szczęście dla nas i dla Boscha — staż się skończył po dwóch miesiącach a chłopak wrócił do Monachium.


Prawdziwym gwoździem do trumny naszej małej rodzinnej Wspólnej Europy był jednak Hiszpan. Chłopak bardzo miły i uśmiechnięty wydawał się wręcz idealnym lokatorem, do czasu jak na drugi dzień po wprowadzeniu się do nas postanowił sprawdzić jak to jest się najeść ciasteczek z haszyszem. Ku przestrodze innym amatorom ciasteczek, powiem, że chłopak dostał psychozy i przemożnej bezsenności. Przez kilka dni i nocy z rzędu siedział na naszej kanapie i trząsł się ze strachu. Wszelką pomoc z naszej strony utrudniał fakt, że młody człowiek, jak przystało na mieszkańca Malagi, komunikował jedynie po hiszpańsku. Potrafił wparować w środku nocy do naszej sypialni i płakać z bliżej nieokreślonego powodu. Trzeba go było przytulać i głaskać jak trzylatka. Żeby ulżyć mu w cierpieniu, postanowiliśmy go czym prędzej odesłać do domu. Plan jednak nie poszedł do końca po naszej myśli. Bo jakoś tak nam wyszło, że zamiast wysłać go do mamy, to mama wysłała się do nas. I tak na naszej kanapie przez kolejny tydzień siedział Hiszpan z mamusią i oglądali kreskówki. W przerwach prowadzaliśmy go po lekarzach i terapiach. Koniec końców, udało się chłopaka doprowadzić do stanu używalności i następnie wysłać na swoje a mamusie z powrotem do domu. To nas ostatecznie przekonało, że wystarczy już tych eksperymentów i najlepiej zamieszkać samemu. Dlatego, każdy, kto wpadnie na podobny pomysł i przetrwa kilku lokatorów stanie się naszym cichym bohaterem. Z naszej strony mogę powiedzieć tylko jedno — kto spróbuje ten nudzić się nie będzie.

Leo
Foty z Googla.

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Szkoła po holendersku

Czyli o tym dlaczego nasze dzieci nas nienawidzą za przyjazd do Holandii


      Moje dziecko po raz kolejny zaczyna serie testów CITO. Biedaczysko będzie sraczkować przez najbliższy miesiąc codziennie pisząc kolejne testy i sprawdziany. Młody na szczęście odziedziczył inteligencję po matce, więc o wyniki nie trzeba się szczególnie martwić, ale i tak strasznie mi go żal. Zwłaszcza że nie do końca wiem z czego on musi pisać te wszystkie egzaminy, skoro nic tu się prawie nie uczą.

      No ale po kolei. Na początek przybliżmy trochę samą strukturę holenderskiej szkoły podstawowej. Placówki mogą być publiczne i niepubliczne. Te niepubliczne nie są neutralne światopoglądowo, czyli na przykład bywają katolickie, protestanckie, muzułmańskie czy Montessori, a nawet takie na wolnym wybiegu, co to dzieciaki cały dzień spędzają na świeżym powietrzu (trochę jak kury, żeby niosły lepsze jajka). Wszystkie na szczęście są finansowane z budżetu państwa. Ponieważ społeczeństwo się kompletnie zlaicyzowało, to szkoły protestanckie i katolickie niczym nie różnią się od publicznych. Pozostałe – wiadomo. Rodzice wybierają szkoły bardziej na podstawie opinii niż światopoglądu religijnego czy rejonizacji. Wszystko dlatego, że istnieje nieoficjalny podział na witte i zwarte school (białe i czarne). Nie chodzi oczywiście o kolor fasady, lecz o strukturę narodowościową. Jak się łatwo domyślić czarne szkoły są dla imigrantów i są właściwie po to, żeby dzieciaki mogły odbębnić obowiązek szkolny. Czyli stanowią taką przechowalnię z nauką pisania i może nawet czytania. Rodzice są w stanie wozić dzieciaki nawet kilka kilometrów dalej do lepszych szkół, byle tylko ich pociechy nie utknęły w jednej z takich zwarteschool. W tym roku do klasy Krzysia przeszło czworo dzieci, których rodzice przenieśli właśnie ze względu na złą opinię o ich dotychczasowych podstawówkach.

       Nauka trwa 8 lat (tu grup), tyle że zaczyna się ją w wieku 4-5 lat. Przez pierwsze dwa lata jest to bardziej przedszkole niż faktyczna szkoła. Holendrom jednak odpowiada ten układ, ponieważ szkoły są opłacane przez państwo, natomiast przedszkola już nie. Warto nadmienić, że koszt takiej fanaberii jak przedszkole bywa niemal równy pensji jednego rodzica. Stąd pracująca matka (lub ojciec, bo mamy równouprawnienie) to kwestia w znacznej mierze wyboru niż normy społecznej. Załóżmy jednak, że przetrwaliśmy okres przedszkolny i lądujemy w szkole. My jesteśmy cwani, bo przetrwaliśmy go w Polsce (240 zł miesięcznie) i w Niemczech (na koszt Landu Nadrenii i Palatynatu). Tu zaczynają się schody, bo szkoła w Holandii ciągle ma wolne albo strajkuje. Dzieciaki stale mają jakieś wakacje (letnie, jesienne, świąteczne, majowe) albo długie weekendy. Czasami mam wrażenie, że młody częściej ma wolne niż jakieś zajęcia. Na szczęście mamy PlayStation i stałe łączę, więc kwestia niani nie jest już dłużej dyskutowana.


      Załóżmy jednak, że młody jest w szkole. Ciężko powiedzieć, żeby się przepracowywał i czegokolwiek uczył poza to co wie już od dawna. Zakres szerzonej tam edukacji jest raczej ubogi. Nauczyciele uczą ich jednak czegoś innego. Tłumaczą, jak i gdzie zdobyć potrzebną wiedzę. Jest to metoda, która sprawdza się o wiele lepiej niż polskie szkolnictwo. Jest nadzieja, że po zakończeniu nauki, dziecko może nie będzie erudytą, ale na pewno będzie lepiej przystosowane do życia w społeczeństwie. Czyli jest to klasyczna metoda dawania wędki zamiast ryby. Jak wszystko ma swoje plusy i minusy. Dzieciaki robią prezentacje o książkach, opowiadają o swoich hobby, uczą się oszczędnie gospodarować pieniędzmi i wiedzą co to jest seks i jak się go robi. Ja z podstawówki wyniosłem wiedzę jak się rozmnażają rośliny nagonasienne, ale już niekoniecznie ludzie. Wydaje mi się, że idzie to więc w dobrym kierunku. Jako przykład podam sytuacje z naszego podwórka. Kilka tygodni temu dziecko zadało mi pytanie co myślę o golu Ronaldo strzelonym przewrotką i czy Arsen Wenger wreszcie opuści Arsenal. Szybko skonfundowałem, że przecież moje dziecko chyba nigdy w życiu nie wysiedziało na żadnym meczu, skąd więc nagle taka wiedza merytoryczna. Okazało się, że tureckie dzieciaki (czyli prawie wszystkie) ciągle gadają o piłce nożnej. Dlatego Krzyś, aby mieć o czym z nimi gadać, zaczął oglądać filmiki na YouTube z relacjami i newsami ze świata footballu. Czyli samo-edukować się. Dla mnie bomba.

      Kolejnym elementem, którym wyraźnie różni się holenderskie podejście to kwestia zadań domowych, a raczej ich braku. Dzieciaki nie mają też zeszytów ani książek. Materiały są kserowane na bieżąco. Jeżeli już muszą coś zrobić w domu to zwykle jest to zadanie on line. Dzieciaki się logują na odpowiednie strony i robią zadania. Wynik od razu się pokazuje dzieciom i nauczycielowi. Oczywiście o ile tylko uda się młodemu zalogować na serwer. Te zwykle nie działają. Muszą też przygotować prezentacje w PowerPoint i przedstawić ją na forum klasy. Ocena w dużej mierze zależy od tego, czy uda się zainteresować klasę, czy nie. Dzieciaki powinny też uczęszczać na sport lub inne zajęcia pozalekcyjne. Raz w roku dzieciaki dostają listę aktywności, którą można robić w najbliższej okolicy. Mogą zapisać się na kilka próbnych zwykle darmowych lekcji. Decyzję o dalszym uczęszczaniu można podjąć po kilku razach.

      Są jednak i minusy tutejszej edukacji. Najistotniejszym jest skomplikowana struktura szkół ponad podstawowych. Jest ich tyle rodzajów, że ciężko jest się połapać we wszystkich. Powiedzmy, że jakieś 60 procent dzieci udaje się do szkół zawodowych (te mogą być zwykłe, trochę lepsze, lepsze od tych trochę lepszych, i takie najlepsze z tych lepszych) i nie jest powód do wstydu. Część dzieci może się udać na edukacje powszechnie predysponującą do edukacji wyższej do poziomu licencjata (jakkolwiek to brzmi), wreszcie jakieś 10 proc idzie natomiast do szkół quasi naukowych, czyli takich, które powinny umożliwić dalszą naukę na Uniwersytecie (te też się dzielą na Gimnazjum – najlepsze, Technazjum — mniejlepsze, Ateneum — takie bez szału). Oczywiście w późniejszym okresie jest możliwość przeskakiwania między poziomami (bo zwykle wszystkie te poziomy są w tych samych szkołach tylko różnych klasach). Nie zaraz, że segregacja nie, nie. Jednak wiadomo jak to bywa, gdy dziecko ma już swoich kolegów itd. Wychodzi więc na to, że wybór szkoły na poziomie podstawowym ma spore znaczenie na przyszłość dziecka. Trochę to bez sensu, gdy o wszystkim decyduje nasza dyspozycja w wieku 11-12 lat.

      No i tu dochodzimy do tych cholernych testów. Ponieważ decyzja o wyborze szkoły jest podejmowana na podstawie pewnych ogólnych testów CITO (zwanych cheetosami), które co pół roku są przeprowadzane we wszystkich klasach wszystkich podstawówek. Testy mają szeroki zakres. Sprawdzane są umiejętności pisania, czytania ze zrozumieniem, matematyki, historii, przyrody itd. To ten okres w życiu dzieciaków, gdy mają najbardziej przejebane. Przez dobry miesiąc piszą codziennie różne testy. I tak średnio co pół roku. Trochę jak taka sesja na studiach, tyle że bez możliwości poprawek. Następnie na podstawie wyników, są przygotowywane raporty, by wychwycić tendencje w rozwoju ucznia. Do niedawna wyniki egzaminów decydowały o dalszej ścieżce edukacji. Teraz istotna staje się też opinią nauczycieli o dzieciach. Raport sporządzany przez wychowawcę decyduje o karierze dziecka. Dlatego lepiej nie konfliktować się z wychowawcą, bo może to się odbić na dziecku. Niby jest to obiektywne, ale każdy pamięta swoich nauczycieli sam wie jak to z tym bywa.Najważniejsze są wyniki testów z grupy siódmej i ósmej, choć na przykład nabór do szkół średnich odbywa się w marcu a testy w maju. Czyli dziecko je piszę wiedząc do jakiej szkoły pójdzie. Czyli jest to ogólnie rzecz biorąc absurd, choć dobry wynik może przesądzić o przesunięciu do lepszej klasy.

      CITO ma jednak jedną zaletę. Dzieciaki są chcąc nie chcąc bardziej przygotowane psychicznie na kolejne egzaminy. Pisząc je co pół roku, są bardziej odporne na związany z nimi stres, niż gdy odbywa się tylko jeden egzamin końcowy. Ma to znaczenie, bo niedyspozycje jednego dnia może im zamknąć drogę kariery. Tu muszą się wykazać regularną dyspozycją lub niedyspozycją. Niemniej jednak nie zazdroszczę młodemu stresu i nerwów. Na samopocieszenie dodam, że w naszym przypadku stres dotyczy tylko, czy Krzyś zdobędzie 100 procent punktów, czy tylko 98. Innym rodzicom powiem, też na pocieszenie, że polskie dzieciaki wypadają na tych testach bardzo dobrze. A błędy wynikają bardziej z problemów językowych niż braku umiejętności. Nauczyciele o tym wiedzą i na pewno uwzględnią to w raportach końcowych.
Do boju dzieciaki

Leo 
foty z Googla.

czwartek, 5 kwietnia 2018

Praca w Holandii

O wiecznym poszukiwaniu pracy z Holandii



    Czy wam też się już zdarzyło szukać pracy w Holandii? Jeżeli tu przyjechaliście to pewnie tak. Na pierwszy rzut oka nie jest to nic trudnego. Wystarczy przygotować CV i list motywacyjny i zasiąść do komputera. Następnie, wstukać w wyszukiwarkę kilka kluczowych słów i już naszym oczom ukazują się nieprzeliczone zakamarki niderlandzkiego rynku pracy. Potem wysyłamy swoje dokumenty na kilka wskazanych adresów i grzecznie czekamy na odpowiedź. No niby tak samo, jak wszędzie na świecie. I o ile jesteś spawaczem, kierowcą ciężarówki, specjalistą od prowadzenia przeróżnych urządzeń widłowych to pewnie w ciągu kilku minut, ktoś do was oddzwoni. I oczywiście, jeżeli umiecie odpowiedzieć kilka słów po niderlandzku albo chociaż po angielsku to pewnie w przeciągu dwóch dni będziecie już pracować i zarabiać te góry Ojro, o których tyle wam koledzy naopowiadali.

     Gorzej, gdy niestety nie jesteś kimś takim, wtedy okazuje się, że całe to twoje polskie wykształcenie jest Ci tu jak psu na budę. Bo tak niestety już jest, ono nikomu tu nie będzie potrzebne. O ile nie jesteś inżynierem lub programistą (ale skoro jesteś, to nie szukasz pracy w Holandii, bo masz ją u siebie), to wpadłeś jak śliwka w kompot pod rynną i to jeszcze w dupie u murzyna (afroholendra zgodnie z nutą poprawności). Załóżmy jednak przez chwilę, że gdzieś kiedyś kurwa stwierdziłeś, że jesteś cholernym humanistą i teraz ta decyzja będzie się za tobą snuć jak smród po gaciach. Otóż uwaga: Holendrzy nie potrzebują humanistów, mają swoich i pewnie też za bardzo nie wiedzą co nimi wszystkimi zrobić. Drogi humanisto, trudno trzeba zakasać rękawy i wziąć się do jakiejś uczciwej pracy. Mądry sobie możesz być po pracy.

    Ok, nie ma co załamywać rąk. W końcu już na czwartym roku studiów na kolejnym wykładzie z teorii polityki, czy czegoś równie istotnego dla istnienia świata, wyczuwałeś, że to kurde może się nie do końca przydać w przyszłości. Ale co tam, ciągle były imprezy, poważne dyskusje do rana, no i zniżki studenckie. Poza tym miało być wyższe wykształcenie, a więc klękajcie narody. To rzeczywiście ma wpływ na ciebie. Dzięki temu, w kwestionariuszu o pracę możesz sobie teraz zakreślić słowo Universiteit. To bardzo ułatwia sprawę pani z HR, bo w mailu zwrotnym może Ci spokojnie napisać overqualification. Czy to nie brzmi dumnie? I co z tego, że to już sto sześćdziesiąta ósma odmowa w tym tygodniu. Duma pozostaje.

    No dobra, skoro nie da się zabłysnąć edukacją, to pozostaje nabrać doświadczenia w jakieś przydatnej branży. Gdzieś się przemęczyć dwa, trzy lata i potem chwalić się zdobytą wiedzą praktyczną. To naprawdę nie jest takie trudne. Można nawet nieco naciągnąć fakty co do wcześniejszego doświadczenia, w większości przypadków wiedza ta jest na tyle prosta, że w trzy dni wszystkiego się nauczysz. Proponuje też przemilczeć fakt swojej wyższej edukacji. Po co twój przyszły przełożony ma się czuć nieswojo w twojej obecności. Lepiej nie dawać im za dużo argumentów do nielubienia Ciebie. W wielu przypadkach, twoi przełożeni i tak się zorientują, że potrafisz liczyć w pamięci nawet do dziesięciu, czasem zdarzy Ci użyć zdania złożonego, więc szybko zaproponują Ci nieco odpowiedzialniejsze stanowisko. Bylebyś nie zapomniał, gdzie twoje miejsce. Zresztą nie martw się tym, gdybyś zapomniał, to na pewno Ci przypomną.
       
      Ważne też, żebyś nie przywiązywał się specjalnie do swojego miejsca pracy. Bo ono na pewno nie będzie się przywiązywać do ciebie. Pozostaje pewną holenderską specyfiką, że prace będą Cię zmieniać dość często. Tak tak, one ciebie, a nie ty je. Ty byś pewnie nawet chciał gdzieś zostać na dłużej, ale niestety to nie będzie takie proste. Ponieważ pracodawcy zobligowani są do zaoferowania Ci stałego kontraktu po trzech czasowych. Możesz mieć pewność, że zrobią wszystko, aby tego uniknąć. Po wielu zakładach pracy krążą miejskie legendy, że ponoć czasem ktoś dostaje stały kontrakt. Ma on jednak status Yeti. To znaczy, wszyscy słyszeli, ale nikt nie widział. Dlaczego tak jest? Tłumaczył mi to kiedyś mój szef (zanim mnie zwolnił). Prawo w Holandii bardzo chroni pracowników (oczywiście tylko tych stałych kontraktowców). Ale ponieważ w każdym narodzie jest jakiś procent patentowanych nierobów, którzy mają dwie lewe ręce i trzy lewe nogi, to jak już jakiś pracodawca w procesie pomroczności jasnej zlituje się i weźmie takiego lewusa, to państwo kompletnie umywa od niego ręce. Znaczy, nie tyle umywa, co spycha obowiązki utrzymywania go na firmę, wychodząc z założenia, że teraz ktoś inny się buja z takim delikwentem. Ze swojej strony zapewnia tylko tyle, że pracodawca nie może sam rozwiązać umowy z taką osobą bez jej zgody. Czyli po prostu udupia pracodawcę. Nic więc dziwnego, że mało kto ryzykuje dać stały kontrakt.
 
     Są jednak pewne plusy holenderskiego rynku pracy. To jest rynek, który nigdy nie śpi. Bo ciągle gdzieś zwalniają. A jak zwalniają, to zwykle znaczy, że będą zatrudniać. Dlatego jak już piastujesz jakieś stanowisko i przysyłają Ci kogoś, żebyś go trochę poduczył — to uważaj. Znaczy to, że twoje dni są policzone. Spokojnie, niedługo zaczniesz przygodę w kolejnym zakładzie pracy. Nie martw się, nudzić się nie będziesz. Pocieszeniem jest też to, że na razie w Niderlandach pracy nie brakuje, a Polacy zdążyli sobie wyrobić markę osób pracowitych. Trzeba tylko schować dumę do kieszeni. Korzystne jest też, gdy mimo wrodzonej niechęci do nauki języków obcych, nauczymy się komunikować w języku lokalnym. Wtedy otwiera się przed nami znacznie szersza perspektywa pracy. Ponoć chcieć to móc.

Leo

poniedziałek, 9 października 2017

Seks w Holandii

Seks w Holandii

      Jakiś czas temu wszedłem na mojego starego bloga z Niemiec i przyznam, że trochę się zdziwiłem. Okazało się, że choć od przeszło trzech lat nic tam nie zamieściłem, to blog sobie dalej żyje swoim życiem. Co więcej, stale generuje niewielki ruch. Co jakiś czas pojawiają się też różne komentarze. Nawet kurcze czasem pozytywne. Tak w ogóle jakby ktoś chciał zobaczyć to www.unaswdojczlandzie.blogspot.pl.

       No właśnie, ale co Ci ludzie tam stale czytają? Otóż popularnym tematem jest choćby post o wyborach parlamentarnych w Niemczech i pozycji Angeli Merkel w CDU. Co z tego, że tekst traktuje o poprzednich wyborach, zdaje się, że czytelnicy tego nie zauważyli. Zresztą Bogiem a prawdą, nic tam się znowu tak u niej nie zmieniło. Popularny jest też tekst o niemieckiej policji, o ogłoszeniach matrymonialnych i o tym, że cholernie nie lubię, jak ktoś do mnie mówi po niemiecku. Tu się nawet niewiele zmieniło, bo nadal jak słyszę ten uroczy język, to aż mnie wzdryga. Jednak niekwestionowanym liderem odsłon jest tekst pt. „Milion Niemców dupczy polskie Polki”. To zdecydowanie fraza, która generuje największy ruch (klikalność). Już wyobrażam sobie to rozczarowanie w oczach moich czytelników, którzy spodziewali się jakichś porno-odniesień. Niestety tekst nie traktuje o seksie. A tytuł został zaczerpnięty od chłopaków w „Make Life Harder”. Tak, to Ci sami co teraz mają swój talk-show w Gazecie Wyborczej. Notabene muszę przyznać, że Maciej i Lucjan albo jak sami o sobie piszą „dwa pedały z żydowskiej gazety”, nie stracili pazura. Dobrze, że wypłynęli na szersze wody, bo mają niezłe poczucie humoru.

Wracając do dupczenia polskich Polek. Skoro w blogu o Niemczech temat seksu jest tak popularny, to należy napisać jak to jest w Holandii. Z moich obserwacji (a jako przykładny mąż, mogę sobie co najwyżej poobserwować) wynika, że jest znacznie lepiej. Zacznijmy od tego, że seks nie jest tu tematem tabu. Jest normalną sferą życia i nikogo nie dziwi, że ktoś chce go uprawiać. I jest to naprawdę zdrowe podejście, którego w kraju ojców chyba jeszcze przez jakiś czas nie uświadczymy.

O seksie edukuje się już dzieci w szkole i robi to zwykle ich nauczycielka. Nie trzeba zapraszać katechetki, psychologa, seksuologa itp. Bo nauczycielka też seks uprawia (z chłopakiem, a nie z dziećmi) i o tym fakcie po prostu mówi swoim uczniom. Krzyś lat 10 miał w szkole tzw. tydzień seksu. Dowiedział się co to jest, że robią to dorośli, a co gorsza prawdopodobnie nawet jego rodzice. Dzięki temu już nie panikuje, gdy przez przypadek (bo to ciągle chyba jeszcze jest przypadek) otworzy sobie stronę z gołymi babami. Co jednak istotne, dzieci uczą się nie tyle o prokreacji, lecz też o różnych zjawiskach damsko-męskich. Krzyś najbardziej się zmartwił, że jego najlepsza przyjaciółka będzie kiedyś miała okres i będzie przez to bolał ją brzuch. Zamęczał też swoją mamę dyskusjami czy woli podpaski, czy tampony, bo nauczycielka powiedziała, że sama używa tych drugich, bo są znacznie wygodniejsze. Możecie wierzyć lub nie ale dla takiego malca to temat rzeka. Aby podkreślić zwyczajność takich zagadnień, po tygodniu seksu był tydzień oszczędzania, który okazał się dla dzieciaków równie fascynujący.

Okazuje się, że taka metoda wychowawcza odnosi doskonałe skutki. Holandia ma najniższy w Europie odsetek ciąż wśród nieletnich. Dzieciaki wiedzą, co to jest prezerwatywa i jak się jej używa. Nastolatki nie zarażają się chorobami wenerycznymi, a odsetek aborcji (tak tak legalnych) jest dużo niższy niż w takich katolickich krajach, jak Polska. To nie znaczy, że młodzież nie uprawia seksu. Ależ skąd, walą się jak domy w Afganistanie, z tym że z większą świadomością co z tego może wyniknąć. Bo informacje i porady na tematy damsko-męskie są ogólnie dostępne. Polacy uczmy się.
W Holandii temat seksualności jest równie powszechny, jak choćby pogoda. Kilka tygodni temu znalazłem darmową gazetę z ogłoszeniami. Na okładce były ilustracje różnych typów członków w stanie spoczynku. Wychodząc z założenia, że przecież każdy jest tam na dole trochę inny i nie ma w tym nic nadzwyczajnego. O ile moi holenderscy koledzy nie zwrócili na to ogóle uwagi, o tyle krajanie już nie powstrzymali się od kilku komentarzy. No ale nas nikt oprócz wykradanych z kiosku świerszczyków seksu nie uczył. I stąd pewnie nasze poruszenie. Tymczasem tu widok gołego przyrodzenia, cycka czy dupy w przestrzeni publicznej nikomu nie wadzi.

Nie zapominajmy też, że Niderlandy to też kraj znany z dzielnic czerwonych latarni. Czyli w każdym większym mieście (wcale nie tylko Amsterdam) jest takie miejsce, zaułek, uliczka gdzie można sobie pójść „podupczyć”. I tu naprawdę nikt z tego nie robi afery. Obok okienek stoi sobie policja i wcale nie strzela do tych, którzy się na te panienki patrzą. Zresztą te panienki też sobie patrzą na was, więc równowaga jest zachowana. A to, że one są w bieliźnie, nic nie znaczy, w końcu jak chcesz wejść do środka, to też się musisz rozebrać. A jak wiadomo — licznik bije. Szkoda więc marnować czas i pieniądze. Panie są bezpieczne, regularnie badane i zmuszone do płacenia podatków.
Mam jednak złą wiadomość dla amsterdamskich podglądaczy. Decyzją rady miejskiej, ponad połowa okienek w czerwonej dzielnicy zostanie zamknięta, Rzecz w tym, że mimo legalności tego biznesu został on w całości przejęty przez typów o mocno podejrzanej reputacji. Doszło też do mocnej wymiany personelu. O ile jeszcze dwadzieścia lat temu, była to profesja holenderska, to teraz rynek został zalany przez tanią siłę roboczą (no bo jak to nazwać) z Europy Wschodniej i z Afryki i Azji. Ceny spadły. Kiedyś normą było 50 euro za 15 minut, teraz można zejść z ceną nawet do 20-30 euro. Jednym ta wiadomość może się podoba innym pewnie mniej. Nie zmienia to faktu, że dla poprawy wizerunku i bezpieczeństwa miasta, dzielnica będzie systematycznie zmniejszana. Lokalni przedsiębiorcy zaś wysadzani z interesu. Władze będą skupować budynki i zmniejszać ilość okien. Z około 500 działających pokoików, liczba ta ma zmniejszyć się do ok. 240 okien. Ceny pewnie wzrosną, a brytyjscy turyści zbiednieją, ale ma dzięki temu zrobić się bezpieczniej, czego wam i tym paniom najserdeczniej życzę.


P.S. Holenderski to pierwszy język (a uczyłem się już kilku i zawsze z podobnie mizernym skutkiem), w którym ucząc się z podstawowych słówek z fiszek trafiłem na słowo seks. Oczywiście Seks po holendersku brzmi dokładnie tak samo jak w innych językach i pewnie dlatego je zapamiętałem.



Lech Osuchowski

poniedziałek, 4 września 2017

Zostań krzykliwyn petentem

Dlaczego w Holandii wszystko trzeba załatwiać z mordą?




         Holendrzy znani są w Europie z mocno liberalnego i wyluzowanego podejścia do życia. Z reguły nigdzie im się nie spieszy (zwłaszcza w sklepowej kolejce), nie przywiązują większej uwagi do szczegółów, oraz z pewną dozą sympatii patrzą na cudzą niefrasobliwość. Jeżeli na coś się umawiasz z Holendrem, możesz być prawie pewien, że wbrew jego zapewnieniom umowa ta wcale nie będzie tak do końca przestrzegana. Nie wynika to jednak ze złej woli, lecz pewnej dozy bylejakości. Mieszkańcy Niderlandów lubią stosować starą zasadę – Jak czegoś nie wolno, ale nikt nie widzi to trochę można. To się tyczy rzeczy tak przyziemnych jak choćby sprzątanie kup po swoim pupilu (wyjątkowo omijana zasada społeczna – widoczna na każdym rogu), do naprawdę poważnych jak jeżdżenie autem po kilku piwach lub jointach. (niestety jest to zjawisko tutaj dość popularne).
         
          To samo się tyczy punktualności. Dla Pomarańczowych czas jest pojęciem względnym, rozciągliwym i na wszystko jest go mnóstwo. Wiele działań znajduje się zwykle w mitycznej krainie zwanej „jutro”. A najlepszą formą jakiegokolwiek działania jest branie rzeczy na przeczekanie. A nuż się wszystko samo rozwiąże. Jak nie wiesz to poczekaj. Nie jest to praktyka tak bardzo odmienna od naszej rodzimej, a jednak pomimo tej przypadłości wszystko ciągle się tu kręci i brnie do przodu. Wszyscy starają się być mili i uśmiechnięci. Bo chociaż idziesz coś załatwić i jak zwykle wychodzisz z niczym to przynajmniej było miło, była kawa i było „gezelig”.
  
        Dlatego gdy naprawdę musisz coś załatwić szybko i skutecznie to trzeba to zrobić „po Niemiecku”. Najlepiej krzykiem, groźbą i zastraszeniem. To jedyna metoda, która działa na Holendrów (oni też graniczą z Niemcami i wiedzą jak to jest). Petent, który się awanturuje, jest niemiły i bezczelny jest zwykle obsługiwany jako pierwszy. To nie o to chodzi, że ktoś się go boi – po prostu chodzi o to żeby sobie jak najszybciej poszedł i najlepiej już nie wracał. To trochę przypomina grę w cykora. Wchodzisz do banku, jesteś miły i chętny na współpracę to się okazuje, że niestety nic się dla Ciebie nie da zrobić. Umowa nie taka, zarobki nie takie, zasady nie takie itd. Ale jak już podniesiesz głos, to nagle wychodzi na to, że trochę się da. A jak zabierasz swoje papiery robisz trochę szumu aby wszyscy w banku słyszeli i mówisz, że idziesz do konkurencji to nagle wszystkie wątpliwości zostają rozwiane a umowa, która jest jak najbardziej korzystna dla obu stron szybko ląduje na biurku do podpisania.

        Tak samo jest u lekarza. Ten będzie Cię odsyłał w nieskończoność, aż zażądasz w kategoryczny sposób konkretnego działania. Gdy wyczuje zdecydowanie w twoim głosie i pełną determinacje to wtenczas okazuje się, że leczenie jest możliwe, leki dostępne a wszystko nie zajmuje dłużej niż kilka minut. Podobnie jest z wszelkimi urzędnikami, sprzedawcami, usługodawcami. Aby pobudzić ich do działania, trzeba ich wyciągnąć z ich strefy komfortu i przeczekiwania. Gdy już muszą się z kimś skonfrontować ich działania są szybkie i skuteczne.

        Nie można też zapominać o stałym telefonicznym lub osobistym gnębieniu Holendra. Jeżeli pragniesz coś załatwić zdalnie przygotuj się na to, że trzeba będzie kilkakrotnie przypomnieć o sobie i zwykle ponownie wyłuszczyć swoją sprawę od początku. Zwykle po trzecim czwartym ponagleniu sprawa zostaje w końcu załatwiona. Z reguły mogłaby już być już po pierwszym telefonie, jednak widocznie nie zapadliśmy dobrze w pamięć naszemu rozmówcy i on po prostu o nas zapomniał. Widocznie skoro nie dzwonisz dwukrotnie to znaczy, że ci wcale na tym nie zależy. Zalatuje to wręcz nękaniem, ale oni chyba to lubią. Irytujące? Owszem. Na pocieszenie powiem, że z reguły wszystko w Holandii da się „załatwić”. Przy dobrej niemieckiej argumentacji, Holender z chęcią przymknie oko na przepisy, zrobi odmienną wykładnie prawa i zgodzi się z tobą. Trzeba mu w tym tylko trochę pomóc. Czego wszystkim niecierpliwym życzę.



P.S. - Rzeczone zasady wcale nie tyczą się podatków i Urzędu Skarbowego – ale tak to jest chyba w każdym kraju.