poniedziałek, 13 lipca 2015

Praca po holendersku



   Holandia to chyba jedyny kraj na świecie, gdzie pracownicy mają co półtora roku trzy miesiące wakacji na koszt państwa. A wszystko przez głupie ustawodawstwo, które promuje wysyłanie ludzi na Kuroniówki, zamiast dać im spokojnie pracować na swoje emerytury.
   Ale zacznijmy od początku. Holandia to niewielki kraj w Zachodniej Europie, który dla wielu naszych rodaków mieni się jako ziemia obiecana. Dodam, że dotyczy to głównie tych osób, które tu jeszcze nie były. Z moich obserwacji wynika, że rajem to ciężko jednak nazwać, a większość okupujących Niderlandy polonusów, gdzieś tam z tyłu głowy wyświetla sobie informacje, że są tu tylko na chwile I w każdej chwili są gotowi wracać do Polski. Lata mijają, a oni wciąż tu tkwią – w końcu są na progu raju. ( choć z pewnością nie jest to raj podatkowy)



   W Holandii stosuje się zdecydowanie inny system zatrudnienia niż w Polsce, przy którym nasze śmieciówki to prawdziwy przywilej. W przeciętnej firmie większość pracowników pracuje jako personel tymczasowy (Flex) delegowany do pracy z rozlicznych firm pośrednictwa pracy. Działa to tak, że pracujesz jak normalny etatowy pracownik do momentu jak jest nieco mniej pracy, bo wtedy już nie pracujesz. Praw nie masz właściwie żadnych, bo przecież jesteś na fazie A. Co to są te fazy?
   To pewne zasady, na których człowiek zostaje zatrudniony (umowy o prace na czas określony). Pierwsze półtora roku to Faza A – nie mamy większych praw za to same obowiązki. Gdy kończy się faza A, zaczyna się faza B, to mniej więcej to samo co faza A, tylko że zarabia się ciut lepiej. Po tym powinna nastąpić faza C, która przypomina już umowę o prace na czas nieokreślony. Z fazą C jest trochę jak z Yeti. To znaczy: wszyscy słyszeli, ale nikt nigdy nie widział. Na końcu tej drogi jest stały kontrakt w firmie, w której się od kilku lat pracuje. Ale to są raczej takie miejskie legendy, bo odkąd Holandia została zalana falą polskiego Tsunami, nikt już stałych kontraktów nie dostaje. Po co wiązać się obowiązkami, gdy na każdym rogu można znaleźć kogoś, kto będzie pracował za najniższą stawkę. Dzięki temu mało kto wychodzi poza fazę A. I tu jest kruczek. Bo po fazie A musi być faza B albo musi ustać stosunek pracy na co najmniej trzy miesiące. (tyle wynosi bezrobocie w Holandii, a przecież to ponoć Polska jest tym strasznym i bezwzględnym krajem dla swoich obywateli).



   Takie przymusowe wakacje można spożytkować na wyjazd do rodziny, podróż, albo pracę na czarno. Ponieważ wszystkie firmy stosują podobny system zatrudnienia, co półtora roku dochodzi do przepływu pracowników z jednej firmy do drugiej, by po kolejnym okresie wrócili oni z powrotem. Tu wbrew przysłowiu zawsze wchodzi się z powrotem do tej samej rzeki. W Eindhoven są właśnie trzy takie firmy, które co jakiś czas wymieniają się pracownikami. Część moich znajomych porusza się od kilku lat po takim trójkącie, licząc w skrytości ducha, że kiedyś dostaną tak zwanego vasta (czyli stały kontrakt).

   Pełna tymczasowość utrudnia życie. Mając umowę góra na rok ciężko, jest planować spłatę kredytu mieszkaniowego albo brać samochód na raty. Rząd Holandii postanowił wyjść naprzeciw oczekiwaniom pracowników I zmienić prawo. Od lipca fazy mają zostać wydłużone, a pracowników na stałych kontraktach będzie można łatwiej zwalniać. Ma to ponoć spowodować, że przedsiębiorstwa będą chętniej zatrudniać ludzi bezpośrednio u siebie. Zobaczymy.
Jak widać, życie w Holandii to bajka pod warunkiem, że nie musisz na siebie zarabiać.
Jest jednak gorsza rzecz od pracy przez pośrednika. To praca przez Polskiego pośrednika. Wiele firm ogłasza się w krajowej prasie, oferując wyjazd do pracy w Holandii. Zapewniają dojazd, zakwaterowanie, ubezpieczenie itp. Obiecują ludziom złote góry, a jak już ich ściągną, to realia okazują się straszne. Mam kolegów, którzy muszą się gnieździć po kilku chłopa w małych pokojach, dojeżdżają do pracy kilkadziesiąt kilometrów (przy rozmiarach Niderlandów to jakby z drugiego końca kraju) I co tydzień dostają lub nie marne kieszonkowe. Cały czas czekają na wyrównanie pensji I muszą płacić kary umowne praktycznie za wszystko. Przypomina to nieco współczesne niewolnictwo, gdzie my meksykanie Europy sami siebie traktujemy jak zwierzęta pociągowe. Dlatego, jeżeli chcecie przyjechać do pracy w Holandii, lub znacie kogoś, kto powziął podobną myśl — ostrzegajcie przed polskimi pośrednikami. Lepiej przyjechać bezpośrednio na kanały I szukać pracy przez tutejsze biura pracy. One też kiwają polskich pracowników, ale z pewnością nie robią tego tak bezczelnie.LEO

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Skąpy Holender




Skąpy jak Holender
   W chwili, gdy prezydent elekt z pierwszą wizytą udał się na Jasną Górę, jego kontrwyborcy, coraz głośniej wołają o emigracji. Jak to zwykle u nas (albo u was), wszyscy głośno krzyczą o wyjeździe, ale nikt tak naprawdę dupy nie ruszy, bo wbrew pozorom Polska to całkiem dobry kraj do życia. Wiem, że teraz drogi czytelniku, unosisz brwi w geście rozbawienia. No bo jak to dobry, gdy wszyscy myślą inaczej. Że bieda, że smutek, że bezrobocie, wyzysk, Macierewicz itd. Cóż, może chwilowo u władzy zawiesiła się hiszpańska Inkwizycja. A media I politruki będą teraz na nowo badać giętkość brzozy w Smoleńsku oraz ostatecznie zakażą nauki w szkole teorii ewolucji. Ma to swoje dobre strony. Władza, zajęta pierdołami, skupia się na sobie, zamiast na uprzykrzaniu życia swoim obywatelom. Zupełnie inaczej jest w Holandii. Tu wszyscy wiedzą — kto jest, był albo będzie królem, mało kto zna nazwisko premiera, nikogo nie interesuje co się tam u sterów dzieje. Władza ma czas, więc władza myśli jakby tu obywatelowi zrobić lepiej. Jak już wymyśli, to musi obywatela opodatkować, aby mieć środki na robienie mu dobrze.
   Zacznijmy od tego, że w świecie panuje mylne przekonanie, że to Szkoci są najbardziej skąpym narodem. Cóż, miłośnicy biegania w spódniczkach powinni się tej sztuki uczyć od Holendrów. Tutejszy lud nizinny nie lubi się rozstawać ze swoim kapitałem i jest z tego bardzo dumny. No ale jak Holendrzy mają być rozrzutni, gdy od wszystkiego muszą płacić podatek. Jak już bidoki wszystko grzecznie zapłacą, to niewiele zostaje im na życie. Dlatego, w Holandii sportem narodowym jest oszczędzanie.

   Ale po kolei. Drodzy przyszli emigranci. Nim przyjedziecie nad kanały zrywać truskawki, musicie poznać dwa ważna słowa użytku codziennego. Pierwsze to Geodemorgen (czyt. Hujemorhen), czyli powitanie. Jak już to powiecie, to Holendrzy się zorientują, że jesteście inni i zaczną mówić do was po angielsku. Drugie (ważniejsze) to belasting, czyli właśnie podatek. Nie musicie go specjalnie szukać. On znajdzie was. Wtedy się właśnie dowiecie, że podatki można uiszczać właściwie od wszystkiego. Holendrzy mają długą historię płacenia podatków. Najpierw gnębili ich Hiszpanie, wyciągając od nich tyle kasy, że starczyło na budowę Wielkiej Armady, potem Napoleon na swoje wyprawy, a następnie zaczęli gnębić się już sami. Znamienny może się okazać przykład, dajmy na to krowy. Otóż w dawnych czasach posiadacz krowy musiał płacić podatek za to, że ją ma. Następnie płacił podatek od pastwiska. Gdy ją wydoił, musiał podzielić się zarobkiem za mleko. Gdy chciał zjeść, płacił podatek od uboju, a jak już zjadł, to miał zapłacić podatek od skóry, którą mógł przecież spożytkować. Czyli pięć razy przy jednej krowie. To wyobraźcie sobie teraz — co się dzieje, gdy macie tu samochód. Powiem tylko, że mnie na mój nie stać i muszę odsprzedać.

   Skąpstwo to cnota. Tak uważają tutejsi. A jako że Holendrzy to naród cnotliwy to zarazem skąpy. Kupują tylko na promocjach, wszystko mają wyliczone, nie lubią niespodzianek. Nikt nikomu nie stawia w barze, zamiast prezentów daj się upominki. (prezenty są tak niepopularne, że nie wprowadzili nawet holenderskiego słowa I używają francuskiego – cadeau). Holendrzy nie lubią za nic płacić, ale za to każą za wszystko płacić sobie. Wejście na targ staroci – opłata, wchodzisz do parku – opłata. Pierwsza lekcja próbna – opłata, parking przed hipermarketem – opłata. Mógłbym tak wymieniać długo. Może was to zaskoczy, ale darmowe są autostrady, ale spokojnie królestwo   Niderlandów odbije to sobie na stacjach benzynowych. Paliwo najdroższe w Europie.
   Ponieważ, Holandia to kraj depresji (realnej I mentalnej), rząd postanowił dbać o swoich obywateli  i wysyłać ich na wakacje do ciepłych słonecznych krajów. To oczywiście nie znaczy, że wakacje są subsydiowane. O nie, nie. Za to obowiązkowo od każdej pensji, odciągane jest osiem procent wynagrodzenia, żeby się zbierało na wyjazd. W ten sposób tuż przed wakacjami (zwykle w maju) każdy pracownik dostaje dodatkową pulę pieniędzy (swoich). Pamiętajmy jednak, że władza też musi jechać na wakacje, więc na twoją pulę pieniędzy nakładany jest, nie inaczej, podatek. I to pięćdziesięcioprocentowy. W ten sposób, podatek od wynagrodzenia płacisz dwa razy. Brawo Holandia!

wtorek, 7 kwietnia 2015

Tajemniczy koncert labiryntowy


Tajemniczy koncert labiryntowy

   Kilka dni temu byłem świadkiem ciekawego wydarzenia. Byłem na tajemniczym koncercie. Znaczy, było wiadomo, że będzie koncert, nie było jednak informacji gdzie. Po prostu, o odpowiedniej godzinie trzeba było się pojawić w odpowiednim miejscu. A dalej już pójść za kimś, kto Cię zaprowadzi na miejsce. Niby proste, a jednak.
   Impreza została zaplanowana w TAC (Temporary Art Centre Eindhoven). Jest to ciekawa instytucja kulturalna mieszcząca się w budynku dawnej fabryki bądź manufaktury. Nie wiem, co tam wcześniej było, ale pewnie coś Philipsa, jak niemal wszystko w Eindhoven. Dla ułatwienia powiem, że jest to naprzeciwko Stadionu miejskiego (zgadnijcie) Philipsa. Nazwa Tymczasowe Art Centrum nawiązuje nie tyle do rychłych przenosin, ile raczej do braku stałej ekspozycji. TAC jest bowiem, loftem, który za pomocą ruchomych ścian I przepierzeń można dowolnie kształtować. Wszystko zależy od potrzeb chwili. Może to być wystawa, koncert, ekspozycja, czy happening. A wszystko utrzymane w tonie starego, zapomnianego, postindustrialnego pustostanu.

   Na miejscu jest oczywiście knajpa, gdzie można się było odpowiednio zanietrzeźwić w oczekiwaniu na granie. Nadmienię, że nazwy zespołów również nic mi nie mówiły. Koncert więc był dla mnie niespodzianką. Uprawiając popijanie piwa, zeszło trochę czasu. Gdy wyznaczona godzina nadeszła, a stężenie belgijskiego piwa we krwi wzrosło do odpowiedniego poziomu, ruszyliśmy na imprezę. Nagle otworzyły się drzwi w końcu sali I wszyscy, którzy uiścili 6 euro, zostali zaproszeni do kolejnego pomieszczenia. Gdy grupa wzrosła do ok. 30 osób, nasz przewodnik ruszył przed siebie w jedynie jemu znanym kierunku. Chodziliśmy z pokoju do pokoju, z pietra na piętro, od drzwi do drzwi. W końcu gdzieś z góry doszły nas dźwięki gitarowego grania. Wiedzeni tym dźwiękiem weszliśmy na jakiś strych, gdzie w koncie stała już kapela z rozłożonym sprzętem. Światło zgasło, a z syntezatorów popłynęła ostra muzyka.


   Był to zespół Lost/Ctrl lokalni rockmeni z Eindhoven, którzy okazali się zawodowym zespołem muzycznym. Grali świetną muzykę o ciężkim brzmieniu trzech gitar. Chłopaki przeżywały każdą sekwencje swoich własnych kompozycji. Koncert był niezły, a dodatkowego smaczku dodawało wypite wcześniej piwko. Browar był też niestety powodem późniejszych kłopotów. Już po kilku kawałkach, poczułem nieodpartą pokusę zakupienia kolejnego piwka, a przy okazji pozbycia się nadmiaru płynów z organizmu. Drugi problem był wręcz palący, więc cichaczem wymknąłem się w poszukiwaniu wybawienia. Wtedy zaczęły się schody (w realu i w przenośni), bo odnalezienie drogi powrotnej okazało się nie lada wyzwaniem. Krążyłem jak wolny elektron, otwierając kolejny drzwi, mijając kolejne pomieszczenia. Upragnionego celu jednak nie potrafiłem znaleźć. Napotkane osoby (jak się okazało muzycy następnego zespołu) pokazywały mi drogę. Niestety żadna wskazówka, nie okazywała się pomocna, bo muzycy, byli równie zagubienia, jak ja. W końcu ku wielkiej radości odnalazłem miejsce ulgi. Ulżywszy skołatanym nerwom, skierowałem się do baru celem zakupienia kolejnej partii złotego trunku. Uzbrojony w dwa kufle. Idąc za dźwiękami muzyki, parłem z powrotem na koncert. Również w tę stronę trasa była uciążliwie niejasna. W końcu jednak zameldowałem się na koncercie.
   Nie minęło kilka minut, a koncert się skończył. Goście zostali poprowadzeni z powrotem do baru, gdy tymczasem muzycy pakowali sprzęt na sali. Jako weteran labiryntu nie szedłem za przewodnikiem, lecz zostałem jeszcze kilka minut, aby zamienić kilka słów z muzykami. W końcu jednak ruszyłem dalej. Przyznaje, że zmotywował mnie podobny problem, co kilka minut wcześniej. Również tym razem trasa nie okazała się łatwa. Kilka błędnych drzwi dalej, w końcu trafiłem w upragnione miejsce.
   Uzupełniwszy zapas płynów, poszliśmy za przewodnikiem (naszą Ariadną) na dalszą część koncertu. Niestety, po drodze labirynt wchłonął kilka ofiar, bo na koncercie „Duke John” pojawiło się zaledwie ok. dwudziestu słuchaczy. Reszta pewnie się gdzieś zapodziała. Młodzież (grająca ponoć stone rocka z lat 70 - cokolwiek to jest) dała ostro czadu. Powiedziałbym nawet, że zbyt ostro. Ciężkie granie, po kilku kawałkach przepędziło nas z powrotem do baru. Ostatnim razem było znacznie lepiej. Błądziliśmy tylko przez chwilę. W ten sposób zaliczyłem dwa najdziwniejsze koncerty w moim życiu. Chłopaki (bo niestety grały tylko chłopaki) dały naprawdę niezły pokaz. A atmosfera labiryntu, belgijskie piwo i stary loft były naprawdę klimatyczne. Dlatego zapraszam wszystkich do przeglądania oferty koncertowej w okolicy. Mogą się trafić naprawdę fajne imprezy, o których mało kto słyszał. Jam słuchał — dlatego wam melduje.
Leo

Dołączam też linki do zespołów, jakby ktoś chciał mieć z nimi coś do czynienia.
Polecam zwłaszcza Lost/ctrl zespół w stylu Placebo
https://www.youtube.com/watch?v=pOJm14Ml3Ak
https://www.youtube.com/watch?v=Xgg8H-xqzJ4

czwartek, 19 marca 2015

Zakupy w Holandii


Promocje po holendersku

    Holendrzy mają ciekawy sposób na wyprzedaże. Prawie nigdy nie obniżają ceny produktu. Zamiast tego dorzucają w zamian drugi produkt gratis. Jest to bardzo korzystne, pod warunkiem, że akurat masz gotówkę, aby ją zainwestować. To bardzo specyficzne metoda upychania towaru. Idziesz kupić proszek do prania, a wracasz do domu z dwoma. Tu nie ma problemu, bo proszek się nie psuje. No ale przykładowo, po co Ci dwa chleby? Chyba tylko po to, aby ten drugi wysechł w domu. Z reklam telewizyjnych wiem, że najciekawiej wyglądała oferta w sklepie optycznym. Za cenę jednej pary okularów dostajesz, dodatkowo dwie kolejne. Tylko po co Ci trzy pary takich samych patrzydeł. Zanim zepsujesz te pierwsze, to dwie pozostałe będą już niemodne. Tak jest prawie ze wszystkim. Możesz mieć dwie pary takich samych butów albo dwie identyczne piżamy. Jeżeli nie masz brata bliźniaka, to nie widzę w tym sensu.
    Prawdopodobnie chodzi o czyszczenie magazynów. Jedną z naczelnych cech Oleandrów jest niesamowite skąpstwo. Szkoci przy Pomarańczowych wręcz szastają pieniędzmi. Ci „Cholerni Kalwiniści” (jak mawia mój Niemiecki znajomy) mało i oszczędnie kupują, więc towar z reguły zalega na magazynach. Natomiast gdy coś pojawia się na promocji, to momentalnie znika z półek. W ten sposób sklepy mogą sterować zwyczajami żywieniowymi swoich klientów. Wystarczy, że drób jest na promocji, to wszyscy kupują kurczaka, a raczej dwa kurczaki (następny gratis). I na dwa dni całą Holandia zajada kotlety drobiowe. Potem wypychamy ze sklepu muszle, bo im się kończy termin ważności - na stołach goszczą owoce morza. Sklepy też są znane z braku rozrzutności. Tu nie jest tak, że gdy na mięsie kończy się data zdatności do spożycia, to trzeba cenę zniżyć. Tu jak coś sprzedają taniej, to znaczy, że termin ważności kończy się dziś wieczorem.

   W niektórych sklepach przed wejściem na halę można sobie zabrać skaner osobisty. Takie małe elektroniczne ustrojstwo pomaga Ci trzymać się w cenach. Każdy produkt, który wsadzasz do koszyka samemu skanujesz. Dzięki temu cały czas kontrolujesz co do centa ile pieniędzy wydasz. Jak już jesteś przy kasie, dajesz pani tylko ten skaner i pieniądze. Ona wbija twój wynik na kasę, i pobiera opłątę. Wszystko odbywa się na piękne oczy i nikt nie zagląda Ci do koszyka. Czasem jednak zostajemy poproszeni o skasowanie pięciu produktów jeszcze raz. To taki test prawdomówności. Nigdy nie ukradłem ze sklepu niczego świadomie, ale ze dwa trzy razy zorientowałem się w domu, że zapomniałem czegoś zeskanować. Trudno od jednego wyniesionego masła sklep nie zbiednieje. System ze skanerem jest dużo szybszy niż pani w kasie, ma jednak tę wadę, że gdy przychodzi do sprawdzania, człowiek zawsze sobie myśli, że o czymś zapomniał a potem jak sprawa wyjdzie na jaw to będzie straszny obciach.
   O wszystkich promocjach dowiesz się z gazetek reklamowych. Codziennie różnego rodzaju ulotki w hurtowych ilościach lądują u ciebie w domu. To nie jest tak, że gazetki reklamowe przychodzą raz w tygodniu. Nie, one się pojawiają u Ciebie co godzinę. Ulotkarze uzbrojeni w masę nikomu niepotrzebnej makulatury przemierzają bloki I osiedla - pakując co tylko się da w szpary w drzwiach. Po tygodniu zbierania makulatury można sobie wyłożyć cały pokój kolorowym papierem reklamowym. Ludzie najczęściej nawet nie spoglądają w te gazetki, bo trzeba być oszczędnym, a takie kolorowe ulotki mogą biednych kalwinistów na pokuszenie zwodzić. Do grzechu kupowania nakłaniać. Pakują je w kąt oklejają taśmą I raz na dwa tygodnie wystawiają przed dom do recyklingu. Bo porządek musi być. Ktoś mi kiedyś powiedział, że Holendrzy na zewnątrz udają wyluzowanych, by być jak Brytyjczycy, gdy tymczasem w środku są spięci I uporządkowani jak Niemcy.
    Jak ktoś nie ma ochoty kupować w sklepie (wszystkiego po dwa), to może się wybrać na targ. Raz w tygodniu na placu w centrum Eindhoven zjeżdżają się handlarze z całego świata. Przez kilka godzin, mały parking samochodowy zamienia się z ośrodek multikulinarny I multikulturowy. Można kupić frykasy z każdego zakątka świata. Hiszpańskie churros, belgijskie frytki, libańskie falafele czy tureckie coś tam. W powietrzy unosi się wymieszany zapach ryb, przypraw, kwiatów, egzotycznych owoców, tkanin. Nad targowiskiem przelatują mewy I rzucają się na wszystko, co nadaje się do zjedzenia. Co kilka minut zaczyna lać deszcz, (bo w Holandii wiecznie pada) wtedy wszyscy się chowają pod naprędce sklecone namioty I parasole. Deszcz zacina, powiewy wiatru targają tkaninami po całym placu. Handlarze ganiają za swoimi materiałami, krzyczą, wyrywają sobie towar. Na targu panuje prawdziwy chaos. Po kilku minutach deszcz ustaje, wiatr znika, mewy wracają a handlarze od nowa wykładają swoje towary. Na placu znów zaczyna panować miłą międzynarodowa atmosfera. Sprzedawcy nakłaniają do kupowania swoich towarów i nikt Ci na siłę nie wpycha dwóch rzeczy naraz, no chyba że podwójnie zapłacisz.

   I jeszcze jedna uwaga. Holendrzy na wszystkie zakupy jeżdżą (a jak!!!) na rowerach. Jest to jedyny słuszny środek transportu. Rowery są objuczone wszelkiego rodzaju sakwami I koszykami, do których przy sprawnym pakowaniu zmieści się zawartość całego wózka sklepowego. A potem jak muły pociągowe pedałują do domów objuczeni dobrem wszelkim, bo przecież wszystkiego kupili po dwa. Co prawda pod sklep można podjechać samochodem, ale trzeba by płacić za parking (w Holandii za wszystko się płaci), a to skąpemu kalwiniście nie przechodzi nawet przez myśl. Ale skoro się weszło między wrony to trzeba krakać tak jak one. No to wio!!! Jadę do sklepu zobaczyć co będzie dziś u mnie na obiad. Ach no I co będzie też jutro.

LEO 
Foty z Googla.

niedziela, 8 marca 2015

Auto, bus a może samolot

 Jak najlepiej dostać się do Holandii?


    Ciągle liczymy, że ktoś przyjedzie nas odwiedzić, dlatego wychodzimy z inicjatywą. Zamieszczam opis trzech form podróżowania na trasie Kraków Eindhoven, które sam przetestowałem. Każda ma swoje wady I zalety.
1. Samochodem własnym lub kolegi.
     Moja ulubiona forma podróżowania. Pakujesz pojazd, tankujesz I prujesz przed siebie po ślicznych szerokich I ciągle jeszcze darmowych autostradach. Największą zaletą tego rozwiązania jest dla mnie to (drogi gościu), że przy okazji wizyty będziesz mógł mi przywieźć cały zapas wiktuałów z kraju ojców. Za nocleg, wikt i opierunek, oczekuje kiełbasy, boczku i szynki. :) Ta forma podróżowania ma ten dodatkowy plus, że przy okazji waszego przyjazdu, przedostanie się do Holandii nieco płynów wysoko alkoholowych, które chętnie wspólnie opróżnimy. Odległość to ok. 1200 km z Krakowa. Czyli jakieś 12 godzin jazdy. Po drodze można obejrzeć prawdziwe perły niemieckiej architektury. Wrocław, Drezno, Lipsk, Getynga.
      Jadąc tą trasą, będziesz miał też przyjemność zgubić się w zagłębiu Ruhry. Zapewniam, że bez dobrego GPS-a jazda przez te sto kilometrów niemieckiej urbanizacji może spowodować prawdziwy zawrót głowy. Tablice drogowe w tym miejscu nie mają żadnego sensu, a ty drogi kierowco raz jedziesz na Dortmund, raz na Essen, potem znowu na Duisburg, cofasz się do Bochum, by znów odbić na Essen. A jak już ci się wydaje, że przejechałeś tę plątaninę autostrad to znów widzisz znak na Dortmund, który to już dawno minąłeś. Konia z rzędem temu, kto ogarnie to patrząc tylko na mapę. Gdy jednak jakoś przebijesz się przez zawiłości niemieckiej organizacji dróg (które wszędzie indziej są naprawdę świetne) dojedziesz do Venlo. I wpadniesz na płaskie jak deska terytorium Holandii. Tu pamiętaj o ograniczeniu prędkości do maksymalnie 120 km/h. Holendrzy wymagają powolnej jazdy po swoich drogach, wychodząc z założenia, że skoro u nich wszędzie jest blisko, to po co masz się człowieku spieszyć. Po minięciu granicy po 40 km dojeżdżasz do Eindhoven. Tylko się nie rozpędź, bo 20 km dalej jest już Belgia. Podroż samochodem polecam większym grupom zorganizowanym, dla których koszta paliwa rozejdą się na kilka portfeli. Auto ułatwi też wycieczkę do Amsterdamu tudzież Antwerpii, które nie bez żalu polecam obejrzeć bardziej niż gród Philipsa. Koszt przejazdu to ok. 100 euro w jedną stronę przy normalnej jeździe.
2. Autobusem lub busem


      Drugą metodą naziemną jest przejazd autobusem. Ta forma komunikacji jest opłacalna turystom indywidualnym zaopatrzonym w spory zapas bagażu. (tu upominam się o kiełbasę i Żubrówkę). Przejazd zajmuje jedynie 18 godzin w większości nocnych. W tym czasie można obejrzeć kilka dworców autobusowych i przystanków — zarówno po polskiej, jak i niemieckiej stronie granicy. Autobus firmy Mądrel Trans (świetna nazwa dla przewozów zagranicznych) zawiezie was do samego Eindhoven. Spędzimy ciekawą noc w towarzystwie rodaków wracających lub wyjeżdżających na Saksy. Prawdziwa gratka dla fanów gwary śląskiej. Podróż nam umili kilka hitów filmowych. Mnie trafiły się takie perełki jak „Och Karol 2, „Mój przyjaciel delfin 2”, „Vinci, czy ” Przychodzi facet do Lekarza. Choć  bogata filmografia z pewnością zawiera jeszcze wiele fascynujących pozycji. Autobusy oprócz profilowanych (co wcale nie zanczy, że wygodnych) foteli, wyposażone są w toaletę (której uprasza się nie korzystać) I WiFi. O możliwości podłączenia się do Internetu pani pilotka poinformowała mnie na dwieście kilometrów przed Krakowem. Jeżeli ktoś wie wcześniej, to może sobie poserfować. Zdecydowanie najciekawszy element tej wycieczki to nocna wizyta na dworcu autobusowym w Berlinie. Nikt nie wsiada, nikt nie wysiada, a Berlin nie jest nawet po drodze. Nie zapominajmy jednak, że co stolica to stolica. Autobusy kursują niemal codziennie a koszt to do 50-80 euro. Można też zamówić transport busem. Zaletą jest, że kierowca zabiera nas spod samego domu. Wadą natomiast to, że nie wiadomo ile nocy z rzędu pan kierowca nie spał (jeżdżąc w kółko to tej trasie). Dlatego opcja "bus" jest raczej dla odważnych.
3. Samolotem

       Najszybciej I najwygodniej jest oczywiście lecieć samolotem. Bilety w Ryan Air można kupić z kilkutygodniowym wyprzedzeniem za 20-30 Euro. Z tygodniowym cena wzrasta do ok. 60 Euro. Co dalej jest bardzo korzystnym rozwiązaniem dla weekendowych turystów. Krótki pobyt poparty jest niewielkim bagażem, który można zabrać na pokład. Zdecydowanie największą wadą lotniczego rozwiązania jest brak możliwości przeszmuglowania płynów wyskokowych na wielką nizinę. Trudno, w taki przypadku będziemy się posiłkować wytworami lokalnych gorzelni. Również czas lotu (ok. 2 godz.) przemawia za tą opcją podróżowania. Co więcej, Eindhoven ma połączenia lotnicze z wszystkimi większymi miastami w Polsce. A to się chwali, bo nie trzeba nigdzie dojeżdżać. Również lotnisko Eindhoven jest w rzeczywistości w samym Eindhoven, więc odpada problem dojazdów. Wygoda w tanich liniach lotniczych jest oczywiście problematyczna, choć mi się ostatnio udało wylosować miejsce w pierwszym rzędzie. To taka biznes klasa w wydaniu Ryan Air. Było więcej miejsca na nogi, miałem też bliżej do toalety. Same zalety. W tym roku uruchomione zostało również połączenie linią KLM na trasie Kraków – Amsterdam. Ponoć cena ma być stała 100 euro. Choć dokładne zbadanie sprawy tego nie potwierdzają. Na trasie lata też Eurolot, ale zdaje się, że właśnie zbankrutował.
       Dlatego ponawiam zaproszenie dla wszystkich chętnych. Jest gdzie spać, co zjeść I gdzie się umyć. Eindhoven samo w sobie jaj nie urywa, ale blisko stąd do wielu ciekawych miast I atrakcji turystycznych. Dlatego śmiało piszcie I wpraszajcie się. Na pewno się pomieścimy. Zapraszamy.
LEO

poniedziałek, 9 lutego 2015

psy na pomarańczowo

Psy po Holendersku
   Holenderski pies to leniwy pies. To pies co mało biega, mało szczeka. To stwór co nawet mało chodzi. I tu się wszystko zgadza bo jaki pan taki czworonóg. Problem w tym że psy nie jeżdżą na rowerze, a przynajmniej nie wszystkie.
    W Holandii prawie każdy ma psa, a niektórzy nawet dwa. Pies jest trochę jak samochód, posiadanie psa jest uosobieniem z pewnego luksusu, gdyż pies nie jest zwierzęciem, mogącym być pomocnym w pracy, a środki na jego utrzymanie posiadać trzeba. Dlatego też stwierdzono, że posiadający psy są osobami zamożnymi, dysponującymi środkami na utrzymanie psa, więc mogą także płacić podatki. Bo w Holandii zawsze znajdzie się jakiś pies srający na ulicy I jakiś podatek, który będziesz musiał zapłacić. Innymi słowy Holandia to kraj psów na smyczy I opłat. I tu dochodzimy do paradoksu. No bo jak to jest, że Holendrzy, którzy są skąpi pozwalają sobie na psy, które im służą po to aby móc za nie płacić.


    Zacznijmy od tego, że pies w Holandii musi zawsze być na smyczy. No I z reguły trzeba to holendrom przyznać, że się na tej smyczy znajduje. Na sznurku ciągniemy futrzaka na wybieg. Bo w miastach na każdym osiedlu jest przynajmniej jedno miejsce, gdzie wolno czworonoga na chwilę wypuścić. Najpierw lustrujemy łąkę, czy nie ma innych czworonogów a potem spuszczamy kundla ze smyczy.
    Jeżeli nasz pies zna podstawy Savior vivre I nie gryzie innych psów to możemy go wyprowadzać grupowo. Jeżeli jednak jest aspołeczny to musi czekać przed wybiegiem w kolejce, aż łąka się zwolni. Na takiej łące człowiek nawiązuje różne znajomości I uczy się rozmawiać o pogodzie. Bo muszę tu dodać, że lud Nizin zawsze rozmawia o pogodzie. To taki narodowe hobby jak rowery, wiatraki I podatki. Taka forma wyprowadzania psów bardzo zacieśnia więzy sąsiedzkie. Sam już poznałem dzięki tej metodzie pół osiedla. Stajemy wtedy w kółku I rozmawiamy. A psy udają, że się bawią. Z reguły, po kilku minutach, psy też stają w kółku I czekają aż skończymy rozmawiać. Zauważyłem, ze Tesla z początku był wyjątkowo nieprzystosowany, bo zamiast stać, biegał I to wywoływał zamieszanie wśród psów stojących. Powoli jednak obserwuje, że on też nabiera holenderskiego zwyczaju stania w tłumie I rozmawiania o pogodzie. Pocieszam się tym, że ciągle tli się w nim choć odrobina polskiej duszy, więc zwyczajowo po naszemu ciągle na coś narzeka.
Jednak stojąc I rozmawiając w ludzkim gronie, właściciele psów cały czas obserwują, wypatrują I pilnują. Patrzą, który pies się zesra. Jak już któryś zabrudzi łąkę, to właściciel uzbrojony w woreczek foliowy idzie posprzątać. Inni odprowadzają go wzrokiem I sprawdzają czy na pewno kupę z wybiegu usunął. Dopiero jak klocek trafia do kosza na śmieci rozmowa rusza dalej. Przy czym taka kontrola dotyczy tylko innych właścicieli. Jak holender jest sam I nikt go nie obserwuje, to kupa najczęściej pozostaje w miejscu jej zrobienia. Ewidentnie, moim sąsiadom często zdarza się być nie obserwowanymi bo ulice są zasrane jak toaleta na dworcu w Pruszkowie. Swoją drogą jest na to proste wytłumaczenie. Nikt nie sprząta po milusińskich bo nie ma koszy na śmieci, to których można by wszystko potem wyrzucić. Sam się kilka razy przekonałem, niosąc potem woreczek z zawartością kilkanaście minut I rozglądając się gdzie by to tu wyrzucić. Kilka razy z tego wszystkiego doniosłem wszystko do domu. A przecież nie po to psa się wyprowadza, aby za nim kupy nosić.


    Surowe kalwinistyczne wychowanie nauczyło też Holendrów, że pies to po prostu pies, i w przeciwieństwie do Niemiec, psy się głównie trzyma w domu a nie zabiera do kawiarni albo sklepu. Psami się nie epatuje, nie chwali, nie podnieca. Psa się po prostu ma, karmi, wyprowadza i co najwyżej się za niego płaci. I te psy wyglądają na całkiem szczęśliwe jak sobie tak stoją i gadają o pogodzie.
LEO
Foty z Googla

czwartek, 22 stycznia 2015

Holenderski Labirynt

Mieszkanie po Holendersku

   Wiecie dlaczego Holendrzy robią wszystko w domu bez zasłaniania zasłon? Bo chcą, aby wszyscy sąsiedzi wiedzieli jak mają ładnie urządzone w domu. A to dlatego, że prawie każdy dom wygląda dokładnie tak samo. Dlatego starają się wyróżniać chociaż wystrojem.
   Zacznijmy od tego, że większość zjadaczy Goudy mieszka w szeregowych domkach jednorodzinnych. Kwadratowe chaty bez wyrazu stoją ścianę w ścianę całymi rzędami całymi ulicami. Wszystkie z grubsza wyglądają podobnie. Na parterze salon z kuchnią, wielkie wystawowe okno, przez które sąsiedzi obserwują co akurat robimy (generalnie wszyscy oglądają telewizje). Góra to zwykle trzy niewielkie sypialnie, bywa też skośne poddasze przerobione na dodatkowy pokój. Obowiązkowo przed takim kwadratowym domem jest jeszcze mały betonowy ogródek ze stodółką, w której obowiązkowo trzyma się rower. Niektórzy mają tam też narzędzia, choć sądząc po robotności Holendrów, chyba nie do końca wiedzą do czego ich używać. Każdy dom ma też tylne wyjście, aby właściciel roweru nie brudził sobie dywanu w salonie. W ten sposób oprócz ulic frontowych, na tyłach domów tworzą się również labirynty wąskich przejść i tuneli. Istne miasto w mieście. Wygodne rozwiązanie, które jednak wieczorami robi upiorne wrażenie. Wąskie przejścia mają też jeszcze jedne zastosowanie, stanowią idealną toaletę dla psów. Dlatego prowadząc rower nie dość, że jest wąsko, to jeszcze gównianie.
   Wracając jednak do samych szeregówek. O ile domy wyglądają tak samo, to wnętrza stanowią indywidualne pole do popisu. Holendrzy w tym względzie wykazują się niesamowitą inwencją. Zwłaszcza, że układ pokojów niejako wymusza identyczne ustawienia mebli. Z grubsza wszyscy maja sofy w tym samym miejscu, tak samo ustawione stoły, I telewizory przywieszone na tych samych ścianach. Różnicę stanowi jednak dobór mebli (bardzo drogich nowych I bardzo tanich używanych). Chodzący w chodakach często wyżywają się artystycznie też na spłachetkach zieleni przed domem. Każdy Holender od strony ulicy musi mieć coś indywidualnego. To mogą być marmurowe lwy, dywan z kwiatów. Kompozycja z roweru I wiatraka (tak patriotycznie), jeszcze inni sadzą egzotyczne drzewa i rośliny. Niektórzy są tak pomysłowi I tematyczni, że nawet czerwone krasnale nie wydają się tu być szczytem obciachu.
   Holendrzy, aby podkreślić indywidualność swojego domu, lubią go nazwać. I tak nad drzwiami często widnieje imię domiszcza. Znaki z nazwą chałupy I tabliczki z imionami domowników są często zdobione, rzeźbione lub kaligrafowane. Wszystko po to aby, choć trochę się wyróżniać od sąsiadów. Inna kwestia to łatwość z jaką można się zgubić na takim osiedlu. Niewprawny mieszkaniec, który zawędruje na przykład z psem dalej niż na odległość rzutu kamieniem od swoich drzwi może z łatwością zabłądzić. Potem jedynym ratunkiem jest zdać się na psa, albo zapamiętać co bardziej charakterystyczne dekoracje I tym tropem szukać w własnych drzwi. Na lewo koło monumentu osiołka, koło okna z flipem I flapem, po czym w prawo koło domu z palmą. Ja mam już wprawę, ale moi goście ciągle jeszcze się gubią.
   Osobną kwestią są wielkie z reguły nie zasłonięte okna. Spacerując po okolicy można sprawdzać co tam słychać u naszych sąsiadów. Niektórzy nawet machają sobie przez te okna. Tu przytoczę anegdotę mojego kolegi, który kilka lat temu mieszkał w Utrechcie. Jako naukowiec, wiele wieczorów spędzał w domu przy biurku na przeciw okna. Pech chciał, że jego sąsiad z na przeciwka również lubił spędzać wieczory w domu, z tym że robił to w towarzystwie różnych pań. Co wieczór brał więc te panie w różnych pozycjach I na różnych meblach, namiętnie robiąc to zwłaszcza na parapecie okna. Kolega mówił, że nie było w tym nawet nic złego. Problem pojawiał się wtedy, gdy rzeczony młodzieniec, po aktach fizycznych zabierał się za czyszczenie swojego instrumentu, robiąc to oczywiście przy oknie. Ponoć lubił nawet machać w trakcie tych czynności do sąsiada z naprzeciwka. Należy też podkreślić, że tylko taki układ domów, umożliwia tworzenie całych dzielnic czerwonych latarni. Z tym, że w takim przypadku, salon zamienia się w miejsce pracy twórczej.

   Na zakończenie warto wspomnieć o jeszcze jednym ciekawym zwyczaju ludu z depresji. Mianowicie, gdy rodzi się dziecko. Rodzice zwyczajowo wystawiają w oknach wielkie banery, rysunki, zabawki. W oknie powiewają chorągiewki a w ogrodzie staje bocian. Piszą też imię dziecka w oknie. W ten sposób informują najbliższych sąsiadów, że na świat przyszedł nowy mieszkaniec familoków. Sąsiedzi są wtenczas zobligowani odwiedzić nowego członka społeczności I oczywiście przynieść jakiś niewielki upominek. Rodzice w zamian odwdzięczają się częstując gości ciasteczkami. Niebieskimi jeśli urodził się chłopiec, lub różowymi jeśli na świat przyszła dziewczynka. 

Leo
P.S. Jeszcze jedna uwaga. Ponieważ w Holandii jest drogi gaz I prąd, w domach zawsze jest cholernie zimno.
Fot. Leo & Google